Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzicielstwo bliskości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzicielstwo bliskości. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 stycznia 2015

Chustowy, błogi sen.

Kiedy patrzę w dół widzę Ciebie. Wtuloną we mnie i w swojego ukochanego misia.
Widzę pięknie zamknięte oczy. Widzę spokój, ciepło i miłość.
Kocham ten widok. Zbieram te momenty niczym obrazy i zapisuje je mocno w mojej głowie. Wracam do nich często - jak nic potrafią poprawić humor. Póki mam jeszcze możliwość takiej bliskości z dziećmi to czerpie z niej garściami.


Dzieci, jak chyba każdy człowiek, lubią być blisko i potrzebują tej bliskości. Szczególnie w cięższych okresach - takich jak skoki rozwojowe, nowe doznania, choroba czy wyrzynające się zęby.
Zresztą nie oszukujmy się - maluszki każdego dnia odkrywają coś nowego. Rzeczy, które są dla nas oczywiste dla nich są nowością. Są czymś, co trzeba przyjąć, przetworzyć. Bliskość wspiera rozwój przez to, że pomaga dzieciom się wyciszyć, skupić czy też zregenerować.

W momentach gdy sen nie przychodzi sam, staramy się mu pomóc. Wtedy do akcji wkracza chusta. Ten kawałek materiału który scala nas i sprawia, że nasze serca biją obok siebie. Kołysząc się, tuląc i dając ciepło swojemu dziecku pomagamy mu uspokoić się i rozluźnić. Sama też jestem o niebo spokojniejsza gdy widzę, że mojemu dziecku jest dobrze i że dostaje odpowiedź na swoją potrzebę bliskości. Tak samo jak i moje córki wyciszam się wtedy, zupełnie jak bym odcinała się od zmartwień i problemów. Jesteśmy tylko my. Razem. Tu i teraz. I razem ładujemy swoje baterie na kolejny, wspaniały dzień.

Nie martwię się ani przez chwilę tym, że moje dziecko przyzwyczai się do takiego zasypiania. Nie czuje się też psychicznie uwiązana (choć fizycznie jestem z racji omotania całkiem sporym kawałkiem materiały;)). Skoro maluch potrzebuje bliskości i przytulenia nie wyobrażam sobie tego nie dać. Nie chciałabym słuchać płaczu czy też trenować własnego dziecka aby usypiało samodzielnie. Czasem i ja miewam gorsze wieczory. Takie, gdy jest mi smutno i potrzebuje po prostu się przytulić. Naturalnym jest dla mnie to, że wtedy dostaje ciepło i wsparcie od męża. Nie chciałabym wtedy być sama w ciemnym pokoju, bez przytulenia, bez reakcji ma moje potrzeby. Następnym razem pewnie zaszyłabym się w pokoju aby z nikim nie dzielić się moimi smutkami bo wiedziałabym, że nikogo one nie interesują.
Dzieci wypłakiwane zwykle po kilku nocach przestają płakać. I to nie dlatego, że magiczną "metodą" nauczyły się nagle samodzielności, tylko dlatego, że przyzwyczaiły się że nie mogą liczyć na swoich najbliższych. Bywa, że budzą się w nocy ale i tego nie sygnalizują - po prostu patrzą się bez emocji w sufit czy ścianę do momentu aż znów przyjdzie sen. Tego nigdy nie chciałabym ani dla swoich dzieci ani dla siebie.

Czas mija za szybko. To, co dajemy dzieciom teraz wpłynie na to jakie będą one w przyszłości. Odpowiadajmy na ich potrzeby aby czuły się kochane i rozumiane. Aby pomóc im stać się empatycznymi ludźmi. Przytulajmy je i dawajmy im mnóstwo ciepła i atencji skoro sami od osób sobie bliskich też tego oczekujemy.

Dobranoc. Ładujcie bliskościowe baterie.

poniedziałek, 6 października 2014

Bliskości też trzeba się nauczyć.

Niektóre sprawy są tak oczywiste, że o nich zapominamy. Z czasem ta niepamięć powoduje trudności i to, co było takie naturalne i oczywiste staje się wyzwaniem, problemem, czymś trudnym do pojęcia.
Tak też jest z bliskością.

Nie trudno w dzisiejszych czasach o to, aby zanikały nasze instynkty, abyśmy tracili to, co ważne i wiele przestawali rozumieć. W czasach smartphonów, laptopów, pędu za karierą i wypełnianiem każdej możliwej rubryki naszych terminarzy wpadamy w wir który wciąga nas i często powoduje, iż zaczynamy wierzyć w to, że wszystko musi być zrobione na szybko. Działamy mechanicznie odhaczając kolejne punkty na naszej liście i tego uczymy nasze dzieci.


Bliskości też trzeba się nauczyć.

Jakkolwiek dziwne wydaje się to stwierdzenie jest w nim ogrom prawdy. Rodzic wiecznie w pracy, nawet po godzinach. Rodzic w domu, ale z telefonem i laptopem w promieniu kilku centymetrów. A dziecko? Przed telewizorem co by nie przeszkadzało i dało chwilę wytchnienia.
I komedy: zrób to szybko, zjedz już, idziemy, wracamy, masz- pobaw się. Zaraz. Zaraz przyjdę, zaraz zobaczę. No idź, daj mi spokój.

Faktem jest, że ogromnie cenie sobie chwilę tylko dla siebie. To normalne i zupełnie zrozumiałe, że każdy potrzebuje oddechu. Chwili z gazetą, książką, blogiem i kubkiem ulubionej kawy czy herbaty. Staram się jednak nigdy nie szukać takich chwil kosztem dzieci. "Mój czas" to czas gdy one śpią lub są zajęte wspólną zabawą i chwilowo nie potrzebują mojej obecności. Pozostałe chwile jesteśmy razem i dla siebie.

Bliskości trzeba się nauczyć. Ja znajduje ją w codziennych rytuałach. W tym, że zawsze jemy RAZEM. W tym, ze zawsze przed wspólnym posiłkiem dajemy sobie buziaka. W tym, że RAZEM gotujemy i sprzątamy, wygłupiamy się, malujemy. W tym, że zwracamy na siebie uwagę i staramy się wysłuchać drugiej osoby.
Bliskość to nie tylko dłoń wciśnięta w dłoń. To też rozmowa, zabawa, wspólne zbieranie liści. Bliskość to też umiejętność bycia razem nawet gdy dzieli nas wiele kilometrów. To ciepłe myśli, pamięć, uśmiech.

Bliskość procentuje.
Widzę to teraz, gdy starsza budzi młodszą słowami "dzień dobry słoneczko kochane".
Widzę to w każdym ich geście, w empatii. W tym jak dbają o siebie i o innych.
Dzieci naśladują nas i to, co obserwują teraz oddadzą w przyszłości.
Jeśli nie będziemy ich słuchać, nie będą słuchały.
Jeśli nie będziemy odpowiadać na ich potrzeby, nie będą potrafiły spojrzeć na drugiego człowieka i wysłuchać lub pomóc.

Jest wiele sposobów na bliskość.
Dla mnie bliskość jest wsłuchaniem się w to czego potrzebuje druga osoba. To staranie się o to, aby każdy członek rodziny był szczęśliwy i abyśmy w swoich potrzebach i marzeniach starali się wypracować kompromis.

Jednym ze sposobów na bliskość stała się dla mnie chusta. Pozornie zwykły kawałek materiału który scala mnie i dziecko. Wzajemnie czujemy swoje ciepło i bicie serc.
Nosiłam i noszę obie córki. I wcale nie martwię się o to, że któraś się przyzwyczai bo przecież o to w tym wszystkim chodzi. Nie ukrywam, że chusta pomaga tez w tym całym pędzie. Jesteśmy blisko siebie a jednocześnie możemy dużo spraw załatwić nie tracąc wspólnych chwil.
Wiem też, że czasem gdy któraś przyśnie ukołysana w rytm moich kroków, może mogłabym odłożyć ją do łóżeczka. Ale nie, wole świętować każda jedną minutę kiedy jesteśmy tak blisko siebie. Wiem, że te chwile są coraz krótsze. Wiem, jak szybko uciekają i wiem też o tym, że zaraz będzie nam smutno, że wielu z tych chwil nie wykorzystaliśmy.


Nauczmy bliskości siebie, aby żyło nam się milej, cieplej, pełniej.
Nauczmy bliskości nasze dzieci, aby były pewne siebie, szczęśliwe i aby tym szczęściem zarażały innych.


A jakie są Wasze sposoby na bliskość?

niedziela, 28 września 2014

Wychowuj, nie tresuj.

Mam wrażenie, że niektórzy chcieliby mieć dzieci idealne. Takie co zrobią wszystko na zawołanie i zachowają się tak, jak chce tego otoczenie / rodzic / ktokolwiek inny. Dziecko, które powie "dzień dobry" szturchnięte lekko przypominająco przez rodzica u progu sklepowych drzwi. Dziecko które będzie zawsze spało wtedy, gdy "powinno" a przy gościach zawsze będzie "grzeczne".

Nie chce mieć takiego grzecznego dziecka. Dziecka robiącego coś tylko dlatego, że ktoś tego wymaga. Dziecka które będzie na każde skinienie robiło to, czego mamy kaprys od niego wymagać.

I nie, nie wychowam dziecka rozpuszczonego i niewychowanego.


Spotykam się co chwilę z krytyką iż wychowując dziewczyny w duchu rodzicielstwa bliskości, nie stosując nagród i kar, starając się wsłuchiwać w ich potrzeby stosujemy bezstresowe wychowanie a nasze dzieci będą miały w poważaniu uczucia innych i zasady panujące na Świecie.
Nic bardziej mylnego.
Już teraz widać, że RB procentuje. Procentuje z każdym dniem coraz mocniej. Dziewczyny są empatyczne, dbają o siebie, o nas i o innych wokół. Starsza ponoć w przedszkolu przytula płaczące dzieci i ociera im noski, a gdy jej siostra płacze mówi "pośpiewam Jagusi, żeby nie płakała i żeby poczuła się dobrze."

Zastanawialiście się kiedyś nad sensem rozkazywania dziecku "teraz powiedz dzień dobry!", "a teraz bądź cicho", "mówimy teraz do widzenia!!" ? Czy zamiast tresować dziecko, karać je za brak powtórzonej formułki nie lepiej je wychować i pokazać to, jak można się zachować? Przecież dzieci uczą się naśladując. Gdy my witamy się z innymi, dziękujemy, prosimy one będą wcześniej czy później robić podobnie. Nie zmuszajmy ich do tego bo możemy osiągnąć odwrotny skutek. Można porozmawiać, wytłumaczyć ("Miło by było gdybyś po wejściu do cioci przywitała się / podała rękę / przybiła piątkę" / "Gdy ktoś zrobi dla nas coś dobrego warto mu podziękować i uśmiechnąć się" etc.)
Gwarantuje Wam, że to poskutkuje,

Nie znoszę gdy ktoś zmusza dzieci do zachowań które w jego mniemaniu są kulturalne (jak przywitanie, podziękowanie lub przeproszenie). A czy zmuszanie kogoś do zrobienia czegoś jest kulturalne? Czemu nad tym nikt się nie zastanawia?

Zanim powiesz dziecku "Przeproś szybko! Nieładnie się zachowałeś/aś!" zastanów się po co to wszystko.
Czy fajnie jest być przepraszanym przez kogokolwiek z przymusu? Czy nie cenniejsze są przeprosiny ze szczerego serca? Takie, gdy ktoś mówi przepraszam bo na prawdę żałuje i chce pokazać, że mu przykro? Ja osobiście wolę gdy córka nawet po kilku godzinach podejdzie do mnie, wtuli się mocno i powie "przepraszam mamusiu" niż gdyby miała ze spuszczoną głową odburknąć mi "przepraszam" tylko po to, by mieć to z głowy.
Zresztą, czy zawsze przeprosiny muszą być takie oficjalne? Czy nie wystarczy rzucenie się na szyję i buziak?

Pozwólmy dzieciom zrozumieć różne sytuacje, zachowania i różne uczucia jakie one powodują zamiast narzucać im gotowe rozwiązania. 

Wychowujmy, a nie tresujmy.
Bo jeśli nas kiedyś zabraknie kto im powie co powinny robić? Czy nie lepiej aby potrafiły same zrozumieć i zachować się adekwatnie do sytuacji?

piątek, 22 sierpnia 2014

Przełam się! czyli jak "złamać" chustę aby była miękka i nośna.

Dziś krótko ale rzeczowo :)
Pisałam już o tym jak zacząć chustonoszenie i na co warto zwrócić uwagę (link tutaj). Tak jak wcześniej wspominałam niezwykle ważny jest dobór odpowiedniej chusty. Lepiej kupić używaną nie tylko ze względu na niższą cenę ale też na to, że jest już mięciutka i łatwiej będzie z nią współpracować. 

Co jednak zrobić jeśli chusta jest sztywna?

Sztywność chusty to nie tylko kwestia tego, że jest ona nowa - może to być kwestia splotu, domieszek innych materiałów lub ich braku. Zresztą czasem i używane chusty bywają twarde i nieprzyjemne. Jednak istnieje kilka łatwych sztuczek dzięki którym Wasza chusta stanie się mięciutka i jej noszenie będzie samą przyjemnością.

Jak "złamać" chustę?

Złamać to znaczy wypracować materiał, pozwolić mu rozciągnąć się i stać się bardziej plastycznym. Najbardziej polecany sposób to noszenie. Przede wszystkim dzięki częstemu motaniu nasza chusta stanie się miękka i utrzyma się w takiej kondycji. Jeśli jednak mamy chustę nową lub wyjątkowo sztywną warto skorzystać z kilku sposobów:
  • PRANIE - najlepiej z wirowaniem! Oczywiście o ile producent jego nie odradza- tu warto zawsze spojrzeć na metkę i zobaczyć w jaka temperatura jest zalecana do naszego typu chusty i czy można ją wirować czy nie.
  • HAMAK- wystarczą dwa w miarę gładkie drzewa (nie chropowate co by nie zaciągnąć chusty!) i możemy zawiązać z naszej chusty wygodny hamak. Przyjemne z pożytecznym- nie tylko odpoczniemy ale i zmiękczymy chustę:)
  • OGRZEWANIE - Składamy chustę w kwadrat i używamy jako poduszki na krzesło bądź rozkładamy ją pod naszym prześcieradłem i na niej śpimy. Ciepło naszego ciała i nacisk na chustę zrobią swoje -  chusta stanie się miękka bez żadnego wysiłku z naszej strony.
  • WARKOCZ- Chustę zwijamy i wiążemy w warkocz. Jest to także wygodny sposób jej przechowywania (zajmuje mało miejsca!)
  • MROŻENIE - Chustę zawiniętą w warkocz możemy zamrozić. Ponoć nie każda chusta się do tego nadaje (nie wszystkie domieszki powinny być mrożone). Osobiście mroziłam tylko chustę 100% bawełny i potwierdzam, współpracowała chętniej niż przed mrożeniem :)

Znacie może jakieś inne, sprawdzone sposoby?
Jeśli tak, podzielcie się z nimi w komentarzu.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Jak zacząć przygodę z chustonoszeniem? Na co zwrócić uwagę przed zakupem chusty?

O tym dlaczego warto nosić dziecko pisałam tutaj. Im dłużej noszę, im rzadziej korzystam z wózka przy dziewczynkach tym bardziej uświadamiam sobie jak bardzo będę tęsknić za chustonoszeniem. To jedna z tych małych pępowinek (karmienie piersią, wspólne spanie, całe dnie razem) które trzymają mnie blisko dzieci i których stopniowe odcinanie bardzo mnie boli. Cóż, są jeszcze koty... może ona dadzą się kiedyś zamotać ;)


Zebrałam garść pytań z którymi spotykam się najczęściej od osób które chcą rozpocząć przygodę z noszeniem w chuście. Mam nadzieję, że odpowiedzi na nie będą dla Was pomocne.

Kiedy można zacząć noszenie w chuście?

Tak na prawdę od samego początku. Starszą córkę motałam jak miała nie całe 3 tygodnie, młodszą pierwszego dnia po powrocie ze szpitala - miała wtedy 4 dni.

Czy nie zrobię maluszkowi krzywdy?

Nie. Jeśli wiązanie jest prawidłowe dziecko jest odpowiednio asekurowane i ułożone zgodnie ze swoją fizjologią. Tak na prawdę noszenie malucha w chuście może być lepsze niż noszenie go w dziwnych pozycjach na rękach czy na biodrze bo mamy pewność, że jego kręgosłup ma prawidłowe ułożenie, a dzięki odpowiedniemu odwiedzeniu nóg bioderka także są w bezpiecznej pozycji.

Gdzie kupić chustę? I dlaczego używana chusta jest lepsza?

Chusty dostępne są w sklepach internetowych lub na stronie producenta jednak najbardziej polecam skorzystanie z grup lub forów internetowych (ew. serwisów typu allegro) i zakup chusty używanej.  Dlaczego używana chusta jest lepsza? Chusta nowa jest bardzo sztywna i wymaga specjalnego "złamania" - z materiałem trzeba popracować aby był wygodny, dobrze się motał i współpracował z nami. Chusta używana pracowała już nosząc dziecko i dzięki temu jest bardziej plastyczna, łatwiej ją dociągać.

Chusta tkana czy elastyczna?

Jeśli chcesz zakupić jedną chustę od razu polecam zakup chusty tkanej. Dlaczego?
Chusta elastyczna jest dobra na początek - możliwy jest tylko jeden (w dodatku prosty) typ wiązania, mocno otula dziecko i pomaga się przekonać do tego, że noszenie w chuście może być na prawdę fajne. Ma jednak swoje wady:
- trzeba korygować pozycję dziecka na bieżąco. Niestety ale chusta elastyczna nie daje takiego stałego podparcia jak chusta tkana
- łatwo tę chustę zamotać jednak elastyk wybacza wiele błędów i pozornie "dobre" wiązanie może okazać się nieodpowiednie
- nie nadaje się na lato- w chuście elastycznej dziecko otoczone jest trzema warstwami elastycznego (więc nie oddychającego) materiału
- odpowiednia jest tylko dla maluszków do kilku kilo. Zazwyczaj od 5-6 kg nie jest już w stanie odpowiednio rozłożyć ciężaru dziecka i wtedy i tak trzeba zainwestować w kolejną chustę
- możliwe tylko jedno wiązanie- takich ograniczeń nie daje chusta tkana



Chusta tkana  to zdecydowanie najlepszy wybór:
- pozwala na niemal niezliczone wiązania. Moje ulubione to kangur, kieszonka, plecak prosty i plecak z koszulką (czyli double hammock).
- nadaje się na cały rok.
- można nosić w niej maluszka (w niektórych wiązaniach nawet wcześniaka!) od samego początku aż do kilkunastu kilo (starsza 2,5 latka czasem wskoczy do "plecaka" :) )
-  dużo łatwiej ją dociągnąć i moim zdaniem jest dużo wygodniejsza od "elastyka"
- Dobrze zamotana nie musi być korygowana co chwilę



Co jest ważne przy wyborze chusty tkanej. Splot się liczy! 
Nie trudno skusić się na tanią chustę bawełnianą jednak szybko okazuje się, że jest to tzw. "pościelówka" czyli taki splot bawełny jak przy prześcieradle czy ściereczce. Możecie się domyślić, że taka chusta nie poniesie ciężaru, będzie trudna we współpracy, nie dopasuje się dobrze do dziecka a nam będzie wrzynać się w ramiona.
Wybierz splot skośno-krzyżowy. Takie chusty są bardziej mięsiste, materiał jest w stanie dociągnąć się w każdym kierunku i odpowiednio ułożyć przy wiązaniu.
Polecam też splot diamentowy i żakardowy jednak na początek najodpowiedniejszy będzie skośnokrzyżowy pasiak czyli chusta w paski.


Dostępne są różne rozmiary (długości) chust - jaką powinnam wybrać?

Długość chusty jaką powinniśmy zakupić zależy od wielu czynników:
- wzrost i postura noszącego i wielkość dziecka- osoba o filigranowej budowie spokojnie poradzi sobie z chustą 4,2m jednak dla osoby wyższej lub o pełniejszych kształtach będzie potrzebna 4,6m lub nieco dłuższa.
- do niektórych wiązań lepiej sprawdzają się chusty długie- np. plecak z koszulką. Do innych, takich jak np. plecak prosty najlepsze są te krótkie, nawet 3 m.
Co wiec wybrać?
Najlepiej kupić długą chustę - około 4,6 m i potrenować na nich różne wiązania. Chustę zawsze można skrócić lub zakupić drugą - krótszą do wiązania plecaka.

Jak nauczyć się wiązań? Wydają się być bardzo skomplikowane.

Też wydawało mi się, że zamotanie chusty to wyczyn nad wyczynami i że nie podołam temu wyzwaniu. Chusta to tylko narzędzie i jak każde narzędzie wymaga nauki jak z niego skorzystać w sposób prawidłowy. Jeśli nie masz pewności czy dobrze układasz dziecko w chuście skontaktuj się  i umów na konsultacje z doradcą noszenia w chuście z Twojej okolicy.
Prowadzę warsztaty i zajęcia indywidualne w Warszawie, Otwocku i najbliższej okolicy - wystarczy napisać maila na ola@doradcachustowy.pl

Co z tymi nosidłami?

Nosidła dzielimy na dwa typy - NOSIDŁA ERGONOMICZNE / MIĘKKIE i WISIADŁA.
Nosidła ergonomiczne
Te pierwsze to tzw nosidła ergonomiczne (np. Tula, Manduca, Ergobaby) lub nosidła MEI TAI w których możliwe jest prawidłowe ułożenie dziecka z przodu rodzica lub na jego plecach. Są prostsze od chusty bo nie wymagane jest motanie - wystarczy zapiąć klamry lub zawiązać 1-2 pasy.
Są absolutnie bezpieczne i wygodne ALE (!) mogą być używane tylko dla dzieci które siadają już samodzielnie! Nie zapominajcie o tym - to bardzo ważne dla ich zdrowia i prawidłowego rozwoju kręgosłupa i bioderek. I nie dajcie się zwieść żadnym wkładkom niemowlęcym lub przekonaniom producenta że można w nich nosić dziecko od narodzin lub 3 miesiąca życia.



Inne nosidła - Wisiadła
To coś czego na naszych ulicach jest zdecydowanie za dużo i coś, czego (błagam!) unikajcie jak ognia dla dobra Waszych dzieci. Wisiadła to nosidła w których fizjologiczne ułożenie dziecka jest wręcz niemożliwe- cały ciężar ciała dziecka spoczywa na kroczku a kręgosłup jest sztywny i źle asekurowany.
Niestety te modele pięknie się sprzedają i są wspaniale reklamowane - jako bezpieczne, fajne dla dziecka i rodzica. Niektóre potrafią kosztować nawet 500 zł - ale na Boga - nie wszystko to, co jest dostępne w sklepach lub jest drogie jest dobre.
Można je też czasem "upolować" w super przystępnej cenie w zwykłym sklepie. Ale zastanówcie się, warto? (Lepiej kupić używane nosidło ergonomiczne lub mei tai)
Poniżej zdjęcie (źródło Pinterest) które pokazuje dokładnie różnice między wisiadłem (z lewej) a dobrym nosidłem (z prawej). Myślę, że dodatkowy komentarz jest zbędny.




Niezależnie od tego, czy wybierzecie chustę czy nosidło ergonomiczne pamiętajcie- NIGDY nie nosimy dzieci przodem do świata!
To wcale nie jest dobre dla dziecka- jego kręgosłup jest wtedy sztywny i nie ma odpowiedniej asekuracji a ciężar ciała spada na krocze / lędźwie i dodatkowo wpływa na złe ułożenie bioder. Jeśli zależy Wam na tym, aby mieć dziecko blisko siebie ale jednocześnie umożliwić mu obserwację i możliwość oglądania tego, co jest wokół załóżcie nosidło na plecy lub zawiążcie chustę w plecak.




wtorek, 5 sierpnia 2014

Rodzicielstwo od kuchni

Wszystko zaczyna się w kuchni...

(za zdjęcie dziękujemy Nat - SnapStudio)

Żywienie

Z przerażeniem obserwuję, że to co jest zdrowe traktowane jest jako kaprys lub dziwactwo a rodziców dbających o dietę swoich dzieci oznacza się łatką eko-wariatów.

Słodycze i inne przekąski
Ludzie często z politowaniem patrzą na moje dzieci bo „źli rodzice” (czyli my) nie chcemy kupić im kinderków, lizaków lub słodzonego napoju lub odmawiamy przyjęcia słodyczy dla dzieci jako prezentu.

One mają jeszcze czas. Czy na prawdę musimy dawać im przetworzone słodkości, złe tłuszcze i syrop glukozowo-fruktozowy bo „przecież i tak tego nie unikną?”. Nie, dziękuję. Słodkie dam, owszem ale wybierzemy z dziećmi zdrową alternatywę- bakalie, domowe ciasto lub deser który zrobimy sami.

Wczoraj razem z dziewczynkami odwiedziłam przyjaciółkę. Na niskim stoliczku kawowym stały słodycze. Panna M nawet po nie nie sięgnęła, choć przecież by mogła. Wybrała jednak suszone figi które wypatrzyła zawinięte w foliową torebkę- podzieliła się z siostrą i zjadły wszystkie.
Zdrowych przekąsek jest cała masa, u nas dzieciaki (10mcy &2,5 roku) najchętniej jedzą: bakalie (rodzynki, morwę, żurawinę, morele...), jarmużowe chipsy, owoce, chrupki z cieciorki, wafle ryżowe z konfiturą...


„Przecież moje dziecko tego nawet nie tknie”

Dzieci znają to, co im pokazujemy. Wiadomo- żadne dziecko nie będzie jadło zdrowych przekąsek jeśli my będziemy przy nich jeść tylko frytki lub batoniki. To my jesteśmy dla nich wzorem. Obserwują i naśladują. To my możemy pokazać dziecku co jest atrakcyjne- a na pewno nie zachęcimy do tego pytając „Szpinak? I Ty to będziesz jeść??”. Taka reakcja wzbudzi w maluchu niepewność, często od razu odpowie ono odmową. Pozwólmy dziecku poznawać różne potrawy. 
Proponujmy to, co zdrowe- przecież zdrowe dania mogą być pyszne, pełne smaków, aromatyczne, kolorowe!

Dbamy o wychowanie dzieci- o to, by wiedziały jak się zachować w danych sytuacjach, jak traktować innych. Dlaczego więc nie zadbać o ich dietę? Nawyki które wyrobią sobie teraz mają szansę zostać z nimi długo. I kiedy już będą starsze i same będą decydować o swojej diecie spróbują pewnie różnych alternatyw ale będą wracać do tych dobrych, naturalnych smaków.

Nie przeraża Was to, że ogromna część 3-latków rozpoznaje loga popularnych sieci fast foodowych? Bo mnie tak.

Doświadczenie czyli wspólne zakupy & wspólne gotowanie

Pozwól dziecku wybrać produkty w sklepie. Zachęć do oglądania ich, opowiedz o tym co ma jaki smak. Zapytaj czy chciałoby spróbować czegoś nowego.
Niby z pozoru proste czynności ale dla dziecka to zabawa i nauka w jednym. Milion razy ciekawsza niż sala zabaw. Włączamy dzieci w nasze życie, spędzamy z nimi czas. Mamy w dziecku naszego pomocnika a to dla dziecka wyróżnienie i doświadczenie budujące wiarę w siebie i swoje możliwości. Pokazujemy poza tym, że obiad nie jest z torebki tylko że warzywo rośnie, potem trafia na targ, później do nas a to, co z nim zrobimy zależy od naszej wyobraźni.

Dziecko w kuchni poznaje smaki, zapachy. Fajnie jest opowiadać o każdym składniku, opisywać kolor, kształt. Można też liczyć plasterki, szklanki mąki, łyżeczki. Nie martwmy się o to, że dziecko się pobrudzi ( jest przecież woda i ręcznik ;) ). Pozwólmy ugniatać ciasto, malować formę do tarty, myć owoce. Niech uczestniczy we wszystkich krokach przygotowania dania- i nawet jak czasem zajmie to 5 razy dłużej niż bez tej dziecięcej pomocy to uwierzcie ale warto- dziecko szybko się uczy!
Dziecko nauczy się wielu słów, pozna sekwencje czynności, wzbogaci swoje umiejętności motoryczne. A co ważne dla rodziców niejadków- dziecko włączone we wspólne zakupy i gotowanie chętniej sięgnie po coś nowego.

„Nie mam na to czasu, Ty siedzisz w domu z dziećmi to się możesz bawić w takie rzeczy”

Owszem- obecnie mam komfort tego, że mogę dzieciom poświęcić całe dnie. Nie uważam jednak, że bycie matką czy ojcem aktywnym zawodowo przeszkadza w tym aby zakorzenić w dziecku zdrowe nawyki. Są popołudnia, są weekendy. Są przede wszystkim wspólne posiłki podczas których możemy przekazać dziecku wiele i wiele go nauczyć. I niezależnie od tego czy pracujemy zawodowo czy nie to jesteśmy takim samym wzorem dla naszych dzieci- nie zapominajmy o tym.
Dodatkowo- jeśli naszym dzieckiem opiekuje się niania lub babcia/dziadek możemy poprosić ich o to, aby włączali dziecko aktywnie w  gotowanie.

Kuchnia to serce domu

Często nie zdajemy sobie sprawy jak ważne jest to miejsce i na jak wiele sfer naszego życia i życia naszych dzieci ma ona wpływ. To nie tylko pomieszczenie z lodówką, kuchenką i blatem. Czy to nie w kuchni toczą się najciekawsze rozmowy podczas spotkań w przyjaciółmi?
Nie ograniczajmy wiec kontaktu dzieci z kuchnią do minimum. To na prawdę ważne.


sobota, 26 lipca 2014

Inny wymiar bliskości: Dlaczego warto nosić dziecko?


Noszę moje córki. Noszę w chuście, noszę na biodrze. Noszę, bo tego potrzebują i czuję, że ja też tego potrzebuje. Trzymanie dziecka blisko siebie to dla mnie inny wymiar bliskości. To jedna z tych rzeczy które kocham i za którymi z pewnością będę tęsknić za kilka lat gdy będą już "takie duże i samodzielne".

Chustonoszenie
Zanim zostałam mamą nie nastawiałam się na noszenie w chuście. Wprawdzie spotykałam rodziców tak noszących maluchy i ten widok zawsze mnie rozczulał, jednak nie byłam pewna czy to jest coś dla mnie. Miałam wiele wątpliwości, nie wiedziałam czy to na prawdę jest tak praktyczne jak mówią. Nie wierzyłam aż spróbowałam i przekonałam się, że warto.
To była miłość od pierwszego noszenia.
Teraz córeczki są już dwie a chusta sprawdza się każdego dnia coraz bardziej. Przetestowaliśmy nawet ostatnio urlop bez wózka i śmiało mogę powiedzieć, że daliśmy sobie świetnie radę.


Dlaczego warto nosić dziecko?
  • Bliskość jaką dajemy dzieciom nosząc je jest nieoceniona. Maluch kołysze się w naszym rytmie, momentalnie się uspakaja słysząc przy tym także bicie naszego serca. Czuje naszą obecność, przywiązuje się do nas jeszcze mocniej. Czuje się bezpiecznie.
  • Podobno jest to recepta na kolki (nie wiem, dziewczynki kolek nie miały - u nas chustowanie pomogło przetrwać okres bolesnego ząbkowania).
  • Przy prawidłowym wiązaniu nóżki dziecka są zgięte i odwiedzione pod odpowiednim kątem a a plecy lekko zaokrąglone. Jest to pozycja fizjologiczna, zdrowa dla maluszka. Dodatkowo może korzystnie wpłynąć na prawidłowy rozwój stawów biodrowych u najmłodszych. 
  • Możemy dotrzeć w wiele miejsc w które nie dotarłby wózek! Nierówne pola, kręte wąskie dróżki, szlaki nie są już żadną przeszkodą.
  • Możemy robić wiele rzeczy (w domu i poza nim) których nie dalibyśmy rady zrobić z dzieckiem na biodrze. Dzięki chuście ręce mamy wolne i beż żadnego problemu możemy normalnie funkcjonować
  • Dajemy dziecku możliwość patrzenia na Świat z naszej perspektywy, obserwowania i bardziej aktywnego uczestniczenia w naszym życiu.


To nie takie trudne!
Przyznam,że bardzo obawiałam się pierwszego motania. Chusta niezwykle długa a maleństwo takie malutkie. Bałam się, co mam zrobić i jak zrobić to prawidłowo. Chusta to tylko narzędzie i trzeba nauczyć się prawidłowo z tego narzędzia korzystać.Wystarczy zamotać parę razy żeby dojść do wprawy i lada dzień robić to dosłownie z zamkniętymi oczami.
Chcesz zacząć przygodę z chustonoszeniem? Przeczytaj ten wpis a w nim rady jak zacząć i jaką chustę wybrać.


Ciężko Ci?
Ludzie często zaczepiają mnie na ulicy pytając czy oby nie jest mi zbyt ciężko. Otóż ciężko to mi było nosić dziecko na rękach bez chusty, układać odpowiednio plecy, ręce, odchylać się do tyłu i próbować jednocześnie zrobić cokolwiek innego.
Gdy chustę zawiążemy dobrze ciężar ciała dziecka rozłożony jest równomiernie i tak na prawdę prawie nie czujemy że ktoś tam w tej chuście siedzi. Nie wierzysz? Spróbuj. Zobaczysz, że dzięki chuście będzie Ci o wiele wiele lżej!


"Się dziecko przyzwyczai i będzie wymuszać!"

Główny argument na "nie" z jakim się spotykam to to, że dziecko będzie rozpieszczone noszeniem, przyzwyczai się i będzie wymuszać noszenie przy każdej możliwej okazji. Dziecko rodzi się przyzwyczajone do bliskości i do noszenia. Przez okres ciąży kołysze się w rytm naszych kroków i słyszy bicie naszego serce. Pierwsze co czuje po urodzeniu się to nasz zapach -  ten który kojarzy mu się później z bliskością, ciepłem, bezpieczeństwem.
Po pierwsze: dziecko niczego nie wymusza. Za sygnałem który nam wysyła, czy jest to płacz, krzyk, czy wyciągnięte w górę ręce, marudzenie- stoi jakaś potrzeba. Dziecko po prostu nie potrafi okazać jej inaczej. Przecież maluch nie podejdzie do nas i nie powie "mamo, tato, potrzebuje się do Ciebie przytulić, czy weźmiesz mnie na ręce?".Nie wyobrażam sobie odmówić dziecku bliskości. Odmówić tego gdy ono tego daje mi taki jasny komunikat. Oczywiście, są sytuacje gdy jestem zmęczona lub nie mam zwyczajnie siły nosić, nawet w chuście- wtedy jednak tłumaczę, kucam przy dziecku i przytulam albo biorę je na kolana. Obie to rozumieją.
Dodam jeszcze, że dziecko wcale nie rozleniwia się dlatego, że jest noszone. Czuje bliskość, buduje pewność siebie i później jest chętne aby odkrywać świat samodzielnie i po swojemu a do nas wracać aby się przytulić, odpocząć, podzielić radościami czy odstresować. Czy nie o to chodzi?


W bliskości siła!
Uwielbiam nasze chustowe spacery. Każdą z tych chwil mam ochotę oprawić w ramkę i powiesić w widocznym miejscu. Wiem, że niedługo dziewczyny z tego wyrosną- panna M do chusty wskakuje w zasadzie tylko dla zabawy bo preferuje bieganie, tańce i jazdę biegówką. Jeszcze chwila i młodsza będzie stopniowo zmniejszała ten czas chustowy na korzyść pierwszych kroków, spacerów czy też wyścigów z siostrą.
Póki mam więc możliwość aby czuć tę bliskość czerpie z niej garściami.



O chustach i o noszeniu zamierzam częściej pisać dlatego jeśli macie jakiekolwiek pytania-piszcie śmiało! :)

poniedziałek, 16 czerwca 2014

O "niezdrowych" relacjach z dzieckiem

"Budujesz niezdrowe relacje z córką"- takie słowa usłyszałam pewnego pięknego dnia od prawie nie znajomej mi kobiety. Dlaczego? Mania miała wtedy nie całe 10 miesięcy. Większość czasu spędzała na moich rękach, biodrze, w chuście lub przyssana do piersi. Karmiona na żądanie, jak było trzeba to przystawiana kilka a nawet kilkanaście razy na godzinę na chwilę. Nie widziałam wtedy i z perspektywy czasu nie widzę w tym nic złego. Dziecko potrzebuje bliskości. Skąd więc ten komentarz?

"Bo przecież się przyzwyczai!"
Pewnie, przyzwyczai się, toż to straszne! Przecież właśnie o to chodzi, żeby się przyzwyczaiła. Mam dziecko i je kocham, chce dać to co najlepsze- miłość i poczucie bezpieczeństwa. Ale według niektórych chyba od dnia narodzin powinniśmy izolować dzieci od siebie i przyzwyczajać do tego, że kiedyś się wyprowadzą i będą musiały dawać radę same. Czy na prawdę aż tak obciążające dla rodzica jest to, aby być blisko dziecka? A jeżeli ktoś chce mieć dziecko tylko po to, by grzecznie i potulnie siedziało w pokoju, bawiło się samo i absolutnie nie chciało niczego od rodzica to po jaką cholerę ja się pytam decyduje się na nie?

"Do mamusinej spódnicy przylepiona będzie, będzie się BAŁA sama zrobić cokolwiek, no zobacz jak za Tobą płacze jak z oczu znikniesz!"
Chciałabym, aby nasze córki były PRZYZWYCZAJONE do tego, że są blisko nas. Chcę, aby wiedziały o tym, że w każdej chwili mogą na nas liczyć. Wierzę głęboko w to, że bliska więź nie tworzy z dziecka w dorosłym życiu osoby niesamodzielnej, wręcz przeciwnie. Więź taka daje siłę i buduje w człowieku pewność siebie która popycha do działania, która daje wiarę we własne możliwości. Daje poczucie, że można działać samodzielnie bo głęboko w sercu ma się świadomość o wsparciu najbliższych osób.
Można mnie często spotkać w dość zabawnej sytuacji: jedno dziecko w chuście, drugie na biodrze. Czy mi to przeszkadza? Nie. Czy sprawia to, że moje córki są niesamodzielne? Nie razy tysiąc.
Młodsza póki co jest niezwykle od nas zależna, jednak ma dopiero 8,5 miesiąca. 2 latka zaś najchętniej wszystko zrobiłaby sama. Nie boi się. Lubi, gdy jej się towarzyszy jednak SAMA jest w stanie przebrać się, umyć, nakarmić siebie (i młodszą siostrę!), nakarmić zwierzęta, posprzątać w pokoju. Dlaczego? Bo mimo tego, że spędzamy razem każdą chwilę nie robiliśmy i nie robimy za nasze córki niczego, co uważamy że byłyby w stanie zrobić samodzielnie. Zdajemy sobie sprawę z ich możliwości i dajemy im szansę się nimi wykazać. Efekt? Dziecko samodzielne i dumne z siebie!
A płacz za rodzicem?
To chyba dobrze, że takie maluszki reagują na to, że mama lub tata jest obok. Ostatnie czego bym chciała to obojętność mojego dziecka wobec mojej nieobecności. Dziecko w swoim czasie wykazuje gotowość do tego, by spędzić czas bez rodzica i wczesne pozbywanie się dziecka na dłuższy czas  "co by się przyzwyczaiło" wcale tego nie ułatwia a powoduje w maluchu stres.



"Ile tą piersią karmisz?" "Jeszcze karmisz????" "Ale ona już TAKA DUŻA! Przecież wystarczy 6 miesięcy!"
Pewnie, nie karmisz piersią to źle, karmisz- też nie dobrze. Jak ktoś chce to zawsze znajdzie jakieś "ale", ot tak, dla zasady. Ważne, żeby to dziecko karmić i karmić je DOBRZE. A już nikomu nic do tego jak karmie. Ja nie dzwonie po ludziach i nie pytam "A na obiad to co dziś zjadłeś?, A dlaczego to a nie tamto??!!".
I nie wyobrażam sobie przystawiania dziecka do piersi z zegarkiem w ręku co 3 lub 4 godziny. Jak jesteście głodni to sięgacie po przekąskę lub danie czy patrzycie na zegarek i myślicie-ej, muszę się wstrzymać jeszcze 2,5h bo będzie za krótki odstęp czasu. Mam słuchać płaczu głodnego dziecka bo kolejny posiłek wg kogoś-tam jest za kilka godzin? Nie wspominając już o tym, że karmienie piersią to nie jest zaspokajanie tylko potrzeby głodu. Dziecko zjada, pije ale też zaspokaja potrzebę bliskości, wycisza się. Karmienie powyżej 6 miesiąca jest złe? Tak, jeśli ktoś naoglądał się reklam i naczytał pism sponsorowanych przez producentów mlecznych mieszanek którzy wmawiają matkom że po 6 miesiącu pokarm matki jest wodnisty, nie wystarczający i nie zapewniający dziecku zdrowej diety. Gdybym mogła i gdyby dzieci chciały to karmiłabym piersią dużo dłużej. Znam osoby karmiące po kilka lat i jeżeli odpowiada to i matce i dziecku jest to wg mnie sytuacja idealna. To matka i dziecko decydują jak długo trwa takie karmienie a nie otoczenie a tym bardziej nieznajome osoby.

"No i narzekasz, że zmęczona jesteś! Na własne życzenie! Zamiast dzieci dać na parę dni komuś to je tak na siłę przy sobie trzymasz"
Mam prawo być zmęczona i marudzić, tak po prostu. Jak nie miałam dzieci też miałam gorsze dni- takie, że najchętniej nie wychodziłabym spod kołdry. Czy więc teraz z racji świadomej decyzji o 2 dzieci mam zakaz narzekania? Dlaczego?
Doba jakoś nie ma tendencji do wydłużania się przez ostatnie lata a obowiązków przybyło. Po prostu każdy czasem się męczy, tyle w temacie. Nie oznacza to jednak, że muszę dzieci na kilka dni gdzieś wysyłać bo inaczej nie odetchnę. Wystarczy raz na jakiś czas wieczorne wyjście, czyjaś wizyta lub chwila pomocy, żeby się zregenerować. Nie mam ochoty spędzać kilku dni bez córek, nie wypocznę wtedy i nie-nie będę dobrze się bawić. Po prostu nie czuje się jeszcze gotowa na dłuższą rozłąkę i najzwyczajniej w Świecie nie mam na nią ochoty.

"A nie lepiej sobie do pracy wrócić? Dzieci do żłobka niech idą, one samodzielności się nauczą a Ty się wyrwiesz w końcu z domu i odetchniesz od tego siedzenia..."
Szczerze? Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie tego. Do pracy wrócę, wiadomo. Ale nie teraz. Gdyby było trzeba pewnie bym się zdecydowała na taką opcję choć serce by mi pękło. Jeśli jednak mam wybór to pierwsze 3 lata CHCĘ być z dziećmi jak najwięcej będę mogła.To te najważniejsze, piękne lata. Czas w którym dziecko rozwija się najszybciej, najintensywniej. To ten czas, kiedy bliskość jest niezwykle ważna. Dzieci pójdą do przedszkola a później do szkoły i ta nasza pępowina zostanie w końcu odcięta. Zawsze będę ich mamą ale nie będę osobą  z którą spędzają najwięcej czasu- pojawią się koleżanki i koledzy, nauczyciele i inne osoby które będą miały wpływ na ich rozwój i światopogląd.

Te 3 lata mogą wydawać się niezwykle długim czasem jednak patrząc na całe nasze i ich życie jest to tylko mały kawałeczek, który bez wahania im oddam.