Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 listopada 2014

Wehikuł czasu

Jak byłam mała często słyszałam jak dorośli mówili "po dzieciach widać jak szybko płynie czas". Jakoś w to nie wierzyłam, no bo jak to widać? Ot, czas sobie leci jak zawsze przecież. Raz dzień jest aktywny, raz leniwy - tyle jeśli chodzi o różnice.
Bycie matką szybko przypomniało mi o tym starym powiedzeniu. Teraz stwierdzam, że dzieci to istny wehikuł czasu. Pstryk - i mija rok, mijają dwa lata. Nie wiadomo kiedy. 
Łapie się na tym, że przecież dopiero co byłam w ciąży, dopiero co mój brzuch przybierał nienaturalnie dziwne kształty, dopiero co robiłam badania i zastanawiałam się nad tym co mnie czeka a tu już dwie kobietki biegają po pokoju. Kiedy to się stało? 

Dzieci rozwijają się skokowo. Najbardziej dziwi mnie to, jak jednego dnia mają problem aby przekręcić się z brzucha na plecy a kolejnego dnia rano nagle raczkują czy wręcz wstają tak, jak by robiły to od zawsze. Czasem wystarczy jeden dzień albo wręcz chwila żeby nie zauważyć kiedy to nasze dziecko nauczyło się czegoś nowego. Każdego dnia mam wrażenie, że nie jestem wręcz w stanie ogarnąć ich nowych umiejętności, nowych słów czy powiedzonek, nowych zachowań.

Pewnego dnia pojechałam do szpitala aby powitać na świecie druga córkę. Maleńka panna M dostała buziaka, wtuliłam się w nią mocno i obiecałam, że szybko do niej wrócę. Była taka mała, bezbronna. Nie całe 3 dni później znów się spotkałyśmy. Ale moim oczom ukazała się zupełnie inna osoba. Taka duża, taka dorosła. Miałam wrażenie, że przeniosłam się w czasie, że minęły dwa lata. Spoglądałam to na nią to na okrucha który dopiero się urodził i czułam się zagubiona. Przecież ona mówi, mówi tyle nowych słów których nawet nie próbowała wypowiedzieć kilkadziesiąt godzin temu! I urosła, I zachowuje się jakby inaczej: biega, skacze, wygląda jak przedszkolak a ma dopiero 1,5 roku. Mając punkt odniesienia w postaci małego, nawet nie 3 kilogramowego zawiniątką poczułam, że minęło sporo czasu. 


Dziś dziewczyny, choć dzieli je 1,5 roku różnicy, są do siebie bardzo podobne. Podobny wzrost, podobna waga, i lada dzień będą to już podobne umiejętności. Trzymając młodszą na rękach lub nosząc ją w chuście miałam cały czas wrażenie, ze mimo wszystko jest taka drobna, taka bezbronna jak wtedy gdy lekarze kładli ją przy mnie tuz po porodzie. A tu nagle znów - pstryk - i uświadomiłam sobie, że ona przecież już samodzielnie je, całkiem sprawnie się przemieszcza i coraz więcej mówi. 

To wszystko może brzmi jak by nie miało składu i ładu ale tak też się czuje. Czuje, że przez palce przelatuje ten czas i te wszystkie nowości i osiągnięcia. Czuje, że wszystko kręci się za szybko, że dni lecą jak szalone a kartki z kalendarza chyba odrywają się po kilka na raz i to z wielkim wyprzedzeniem. 
Chciałabym znać receptę na spowolnienie tego wszystkiego. Chciałabym stanąć obok i jeszcze raz przeżywać wiele z momentów które są już za nami. Wiem jednak, że nie mogę.

Każdy dzień wspólnego, rodzinnego życia jest cenny i wyjątkowy. Przed nami wiele dobrego, czuje to. Z ciekawością czekam na to, co przyniesie przyszłość. Ciekawa jestem tego czym będą interesować się dziewczyny w szkole, z kim będą się spotykać jak będą dorosłe, czy  jakie będą miały dzieci. Jednak ogromnie smuci mnie fakt, że nie wiadomo kiedy minęło tyle czasu i że nie zdążyłam się nawet nacieszyć tą ich maleńkością i bezbronnością. Już teraz tęsknię za małymi rączkami odruchowo ściskającymi kciuk, za bliskością jaką dawało nam karmienie piersią, za tym zapachem niemowlęcia i delikatnym aksamitem pierwszych włosków.

Często dziękuje losowi za to, że umożliwił mi bycie z dziewczynami w domu przez te pierwsze lata. Za to, że mogłam obserwować je i spędzać z nimi każdą chwilę. Ten czas już jest nasz i nikt nam go nie zabierze. Nie żałuję żadnej decyzji i żadnego dnia, choć nie raz słyszałam że powinnam się wyrwać i nie siedzieć cały czas z dziećmi. Czuje, że dzięki temu "zamknięciu się w domu" rozwinęłam się bardziej, niż mogłabym to zrobić gdzie indziej. To zamknięcie otworzyło mnie na wiele ważniejszych spraw niż gonitwa za karierą która przedtem wydawała mi kluczowa w osiągnięciu szczęścia i satysfakcji.

Nauczyłam się wiele, poukładałam swoje priorytety. Zrozumiałam co tak na prawdę jest wartościowe i piękne. Czasem tylko chciałabym aby ten wehikuł czasu potrafił choć na chwilę zadziałać wstecz abym mogła niektóre z tych cudnych dni przeżyć jeszcze raz.

czwartek, 6 listopada 2014

Do kiedy nosić dziecko w chuście?

Dużo mówi się o tym od kiedy można nosić dziecko w chuście i jak zacząć. Jednak coraz częściej spotykam się z pytaniem kiedy to noszenie powinno się zakończyć? Bo przecież ile to można tak nosić, no ile? :)


Dla mnie odpowiedź jest prosta. Nosimy do czasu kiedy osoba nosząca i noszona czuje taką potrzebę. Po prostu. Tak samo jak z karmieniem piersią - karmimy tak długo jak matka i dziecko tego chcą i potrzebują lub jak długo jest taka fizyczna możliwość. Jeśli chodzi o rodzicielstwo i wychowanie dzieci według mnie kluczowe jest słuchanie swoich instynktów a także potrzeb swoich i dziecka a nie podążanie za tabelkami czy dobrymi radami osób z zewnątrz.
To nasze decyzje i nasza relacja. Nasza bliskość. I nikomu nic do tego.

Zaczynało się niewinnie. Chusta na chwilkę, potem na kilka razy dziennie. Przy drugiej córce w pewnym momencie doszliśmy do etapu zupełnej rezygnacji z wózka gdyż chusta okazała się najbardziej praktyczna. Z wózkiem przecież ciężko biega się za 2,5 latką na biegówce. A spacerów dziennie bywa kilka - do i z przedszkola czasem i dwa razy dziennie, do tego zakupy, rowerek i milion innych spraw. Chusta służyła nam w podróży, czy to w autobusie, pociągu czy też przy samolocie. Służyła też w domu gdy trzeba było zająć się dzieckiem jednocześnie robiąc milion innych rzeczy. Służyła i służy do usypiania wieczorem gdy wyrastające ząbki nie pozwalają się wyciszyć.
Ale przede wszystkim w każdej z tych sytuacji chusta służyła i służy do tego, aby być blisko. Aby móc być razem, doświadczać razem, zwiedzać RAZEM.

Dziewczyny są już coraz większe. Panna M ma 2,5 roku i do chusty wskakuje bardzo rzadko. Czasem spodoba jej się wzór chusty i mówi, ze chciałaby do niej wskoczyć, pooglądać świat z góry. Czasem po prostu chce pobrykać na plecach matki i się powygłupiać. Każda taka chwila jest dla mnie na wagę złota. Może dlatego, że zdarzają się te chwile niezwykle rzadko i trwają bardzo krótko. Każdą z tych chwil lubię uwieczniać i będę z łezką w oku wspominać. Jednak ona jest już taka duża i zdecydowanie woli skakanie na własnych nogach. Córka młodsza noszenie uwielbia i na widok chusty śmieje się i woła "pataj, pataj" co ma oznaczać "patataj" :)
Nie raz słyszę, że ona jest już duża i że noszenie jej w chuście to przesada. Ale w wózku byłoby ok? Przecież transport to transport- ja wybieram wygodniejszy dla nas obu i taki, który poza przeniesieniem nas z punktu A do punktu B daje nam coś więcej.

Chusta nie ogranicza. Dzieci noszone w niej długo nie wyrastają na dzieci niesamodzielne i nieruchliwe. Moja szalona 2,5 latka jest tego najlepszym przykładem. Wstaje o świcie i do wieczora ( bez żadnej drzemki!) skacze i biega. Młodsza, gdy tylko jest poza chustą, też bywa trudna do ujarzmienia :)
Moim zdaniem chusta pomaga budować nam świetną relację. Pozwala być razem bez ograniczeń.

Nie znam dziecka noszonego w chuście do 18stki. Dzieci i z noszenia wyrastają, tak samo jak "wyrastają" z potrzeby ssania matczynej piersi czy spania z rodzicami. Noszę póki chcemy i noszę póki mogę. Dzieci za szybko rosną, dzieci za szybko dorastają. Jeszcze chwila i będę płakać, że czas chustonoszenia się skończył, że muszę przeciąć kolejną pępowinę. Chciałabym czasem zatrzymać czas i nacieszyć się maleńkimi dziećmi jednak wiem, ze czasu nie mogę nawet spowolnić.
To co mogę, to tworzyć nam wspaniałe wspomnienia związane z naszym wspólnym rytmem, wspólnymi przygodami i bliskością.


poniedziałek, 6 października 2014

Bliskości też trzeba się nauczyć.

Niektóre sprawy są tak oczywiste, że o nich zapominamy. Z czasem ta niepamięć powoduje trudności i to, co było takie naturalne i oczywiste staje się wyzwaniem, problemem, czymś trudnym do pojęcia.
Tak też jest z bliskością.

Nie trudno w dzisiejszych czasach o to, aby zanikały nasze instynkty, abyśmy tracili to, co ważne i wiele przestawali rozumieć. W czasach smartphonów, laptopów, pędu za karierą i wypełnianiem każdej możliwej rubryki naszych terminarzy wpadamy w wir który wciąga nas i często powoduje, iż zaczynamy wierzyć w to, że wszystko musi być zrobione na szybko. Działamy mechanicznie odhaczając kolejne punkty na naszej liście i tego uczymy nasze dzieci.


Bliskości też trzeba się nauczyć.

Jakkolwiek dziwne wydaje się to stwierdzenie jest w nim ogrom prawdy. Rodzic wiecznie w pracy, nawet po godzinach. Rodzic w domu, ale z telefonem i laptopem w promieniu kilku centymetrów. A dziecko? Przed telewizorem co by nie przeszkadzało i dało chwilę wytchnienia.
I komedy: zrób to szybko, zjedz już, idziemy, wracamy, masz- pobaw się. Zaraz. Zaraz przyjdę, zaraz zobaczę. No idź, daj mi spokój.

Faktem jest, że ogromnie cenie sobie chwilę tylko dla siebie. To normalne i zupełnie zrozumiałe, że każdy potrzebuje oddechu. Chwili z gazetą, książką, blogiem i kubkiem ulubionej kawy czy herbaty. Staram się jednak nigdy nie szukać takich chwil kosztem dzieci. "Mój czas" to czas gdy one śpią lub są zajęte wspólną zabawą i chwilowo nie potrzebują mojej obecności. Pozostałe chwile jesteśmy razem i dla siebie.

Bliskości trzeba się nauczyć. Ja znajduje ją w codziennych rytuałach. W tym, że zawsze jemy RAZEM. W tym, ze zawsze przed wspólnym posiłkiem dajemy sobie buziaka. W tym, że RAZEM gotujemy i sprzątamy, wygłupiamy się, malujemy. W tym, że zwracamy na siebie uwagę i staramy się wysłuchać drugiej osoby.
Bliskość to nie tylko dłoń wciśnięta w dłoń. To też rozmowa, zabawa, wspólne zbieranie liści. Bliskość to też umiejętność bycia razem nawet gdy dzieli nas wiele kilometrów. To ciepłe myśli, pamięć, uśmiech.

Bliskość procentuje.
Widzę to teraz, gdy starsza budzi młodszą słowami "dzień dobry słoneczko kochane".
Widzę to w każdym ich geście, w empatii. W tym jak dbają o siebie i o innych.
Dzieci naśladują nas i to, co obserwują teraz oddadzą w przyszłości.
Jeśli nie będziemy ich słuchać, nie będą słuchały.
Jeśli nie będziemy odpowiadać na ich potrzeby, nie będą potrafiły spojrzeć na drugiego człowieka i wysłuchać lub pomóc.

Jest wiele sposobów na bliskość.
Dla mnie bliskość jest wsłuchaniem się w to czego potrzebuje druga osoba. To staranie się o to, aby każdy członek rodziny był szczęśliwy i abyśmy w swoich potrzebach i marzeniach starali się wypracować kompromis.

Jednym ze sposobów na bliskość stała się dla mnie chusta. Pozornie zwykły kawałek materiału który scala mnie i dziecko. Wzajemnie czujemy swoje ciepło i bicie serc.
Nosiłam i noszę obie córki. I wcale nie martwię się o to, że któraś się przyzwyczai bo przecież o to w tym wszystkim chodzi. Nie ukrywam, że chusta pomaga tez w tym całym pędzie. Jesteśmy blisko siebie a jednocześnie możemy dużo spraw załatwić nie tracąc wspólnych chwil.
Wiem też, że czasem gdy któraś przyśnie ukołysana w rytm moich kroków, może mogłabym odłożyć ją do łóżeczka. Ale nie, wole świętować każda jedną minutę kiedy jesteśmy tak blisko siebie. Wiem, że te chwile są coraz krótsze. Wiem, jak szybko uciekają i wiem też o tym, że zaraz będzie nam smutno, że wielu z tych chwil nie wykorzystaliśmy.


Nauczmy bliskości siebie, aby żyło nam się milej, cieplej, pełniej.
Nauczmy bliskości nasze dzieci, aby były pewne siebie, szczęśliwe i aby tym szczęściem zarażały innych.


A jakie są Wasze sposoby na bliskość?

niedziela, 28 września 2014

Wychowuj, nie tresuj.

Mam wrażenie, że niektórzy chcieliby mieć dzieci idealne. Takie co zrobią wszystko na zawołanie i zachowają się tak, jak chce tego otoczenie / rodzic / ktokolwiek inny. Dziecko, które powie "dzień dobry" szturchnięte lekko przypominająco przez rodzica u progu sklepowych drzwi. Dziecko które będzie zawsze spało wtedy, gdy "powinno" a przy gościach zawsze będzie "grzeczne".

Nie chce mieć takiego grzecznego dziecka. Dziecka robiącego coś tylko dlatego, że ktoś tego wymaga. Dziecka które będzie na każde skinienie robiło to, czego mamy kaprys od niego wymagać.

I nie, nie wychowam dziecka rozpuszczonego i niewychowanego.


Spotykam się co chwilę z krytyką iż wychowując dziewczyny w duchu rodzicielstwa bliskości, nie stosując nagród i kar, starając się wsłuchiwać w ich potrzeby stosujemy bezstresowe wychowanie a nasze dzieci będą miały w poważaniu uczucia innych i zasady panujące na Świecie.
Nic bardziej mylnego.
Już teraz widać, że RB procentuje. Procentuje z każdym dniem coraz mocniej. Dziewczyny są empatyczne, dbają o siebie, o nas i o innych wokół. Starsza ponoć w przedszkolu przytula płaczące dzieci i ociera im noski, a gdy jej siostra płacze mówi "pośpiewam Jagusi, żeby nie płakała i żeby poczuła się dobrze."

Zastanawialiście się kiedyś nad sensem rozkazywania dziecku "teraz powiedz dzień dobry!", "a teraz bądź cicho", "mówimy teraz do widzenia!!" ? Czy zamiast tresować dziecko, karać je za brak powtórzonej formułki nie lepiej je wychować i pokazać to, jak można się zachować? Przecież dzieci uczą się naśladując. Gdy my witamy się z innymi, dziękujemy, prosimy one będą wcześniej czy później robić podobnie. Nie zmuszajmy ich do tego bo możemy osiągnąć odwrotny skutek. Można porozmawiać, wytłumaczyć ("Miło by było gdybyś po wejściu do cioci przywitała się / podała rękę / przybiła piątkę" / "Gdy ktoś zrobi dla nas coś dobrego warto mu podziękować i uśmiechnąć się" etc.)
Gwarantuje Wam, że to poskutkuje,

Nie znoszę gdy ktoś zmusza dzieci do zachowań które w jego mniemaniu są kulturalne (jak przywitanie, podziękowanie lub przeproszenie). A czy zmuszanie kogoś do zrobienia czegoś jest kulturalne? Czemu nad tym nikt się nie zastanawia?

Zanim powiesz dziecku "Przeproś szybko! Nieładnie się zachowałeś/aś!" zastanów się po co to wszystko.
Czy fajnie jest być przepraszanym przez kogokolwiek z przymusu? Czy nie cenniejsze są przeprosiny ze szczerego serca? Takie, gdy ktoś mówi przepraszam bo na prawdę żałuje i chce pokazać, że mu przykro? Ja osobiście wolę gdy córka nawet po kilku godzinach podejdzie do mnie, wtuli się mocno i powie "przepraszam mamusiu" niż gdyby miała ze spuszczoną głową odburknąć mi "przepraszam" tylko po to, by mieć to z głowy.
Zresztą, czy zawsze przeprosiny muszą być takie oficjalne? Czy nie wystarczy rzucenie się na szyję i buziak?

Pozwólmy dzieciom zrozumieć różne sytuacje, zachowania i różne uczucia jakie one powodują zamiast narzucać im gotowe rozwiązania. 

Wychowujmy, a nie tresujmy.
Bo jeśli nas kiedyś zabraknie kto im powie co powinny robić? Czy nie lepiej aby potrafiły same zrozumieć i zachować się adekwatnie do sytuacji?

wtorek, 5 sierpnia 2014

Rodzicielstwo od kuchni

Wszystko zaczyna się w kuchni...

(za zdjęcie dziękujemy Nat - SnapStudio)

Żywienie

Z przerażeniem obserwuję, że to co jest zdrowe traktowane jest jako kaprys lub dziwactwo a rodziców dbających o dietę swoich dzieci oznacza się łatką eko-wariatów.

Słodycze i inne przekąski
Ludzie często z politowaniem patrzą na moje dzieci bo „źli rodzice” (czyli my) nie chcemy kupić im kinderków, lizaków lub słodzonego napoju lub odmawiamy przyjęcia słodyczy dla dzieci jako prezentu.

One mają jeszcze czas. Czy na prawdę musimy dawać im przetworzone słodkości, złe tłuszcze i syrop glukozowo-fruktozowy bo „przecież i tak tego nie unikną?”. Nie, dziękuję. Słodkie dam, owszem ale wybierzemy z dziećmi zdrową alternatywę- bakalie, domowe ciasto lub deser który zrobimy sami.

Wczoraj razem z dziewczynkami odwiedziłam przyjaciółkę. Na niskim stoliczku kawowym stały słodycze. Panna M nawet po nie nie sięgnęła, choć przecież by mogła. Wybrała jednak suszone figi które wypatrzyła zawinięte w foliową torebkę- podzieliła się z siostrą i zjadły wszystkie.
Zdrowych przekąsek jest cała masa, u nas dzieciaki (10mcy &2,5 roku) najchętniej jedzą: bakalie (rodzynki, morwę, żurawinę, morele...), jarmużowe chipsy, owoce, chrupki z cieciorki, wafle ryżowe z konfiturą...


„Przecież moje dziecko tego nawet nie tknie”

Dzieci znają to, co im pokazujemy. Wiadomo- żadne dziecko nie będzie jadło zdrowych przekąsek jeśli my będziemy przy nich jeść tylko frytki lub batoniki. To my jesteśmy dla nich wzorem. Obserwują i naśladują. To my możemy pokazać dziecku co jest atrakcyjne- a na pewno nie zachęcimy do tego pytając „Szpinak? I Ty to będziesz jeść??”. Taka reakcja wzbudzi w maluchu niepewność, często od razu odpowie ono odmową. Pozwólmy dziecku poznawać różne potrawy. 
Proponujmy to, co zdrowe- przecież zdrowe dania mogą być pyszne, pełne smaków, aromatyczne, kolorowe!

Dbamy o wychowanie dzieci- o to, by wiedziały jak się zachować w danych sytuacjach, jak traktować innych. Dlaczego więc nie zadbać o ich dietę? Nawyki które wyrobią sobie teraz mają szansę zostać z nimi długo. I kiedy już będą starsze i same będą decydować o swojej diecie spróbują pewnie różnych alternatyw ale będą wracać do tych dobrych, naturalnych smaków.

Nie przeraża Was to, że ogromna część 3-latków rozpoznaje loga popularnych sieci fast foodowych? Bo mnie tak.

Doświadczenie czyli wspólne zakupy & wspólne gotowanie

Pozwól dziecku wybrać produkty w sklepie. Zachęć do oglądania ich, opowiedz o tym co ma jaki smak. Zapytaj czy chciałoby spróbować czegoś nowego.
Niby z pozoru proste czynności ale dla dziecka to zabawa i nauka w jednym. Milion razy ciekawsza niż sala zabaw. Włączamy dzieci w nasze życie, spędzamy z nimi czas. Mamy w dziecku naszego pomocnika a to dla dziecka wyróżnienie i doświadczenie budujące wiarę w siebie i swoje możliwości. Pokazujemy poza tym, że obiad nie jest z torebki tylko że warzywo rośnie, potem trafia na targ, później do nas a to, co z nim zrobimy zależy od naszej wyobraźni.

Dziecko w kuchni poznaje smaki, zapachy. Fajnie jest opowiadać o każdym składniku, opisywać kolor, kształt. Można też liczyć plasterki, szklanki mąki, łyżeczki. Nie martwmy się o to, że dziecko się pobrudzi ( jest przecież woda i ręcznik ;) ). Pozwólmy ugniatać ciasto, malować formę do tarty, myć owoce. Niech uczestniczy we wszystkich krokach przygotowania dania- i nawet jak czasem zajmie to 5 razy dłużej niż bez tej dziecięcej pomocy to uwierzcie ale warto- dziecko szybko się uczy!
Dziecko nauczy się wielu słów, pozna sekwencje czynności, wzbogaci swoje umiejętności motoryczne. A co ważne dla rodziców niejadków- dziecko włączone we wspólne zakupy i gotowanie chętniej sięgnie po coś nowego.

„Nie mam na to czasu, Ty siedzisz w domu z dziećmi to się możesz bawić w takie rzeczy”

Owszem- obecnie mam komfort tego, że mogę dzieciom poświęcić całe dnie. Nie uważam jednak, że bycie matką czy ojcem aktywnym zawodowo przeszkadza w tym aby zakorzenić w dziecku zdrowe nawyki. Są popołudnia, są weekendy. Są przede wszystkim wspólne posiłki podczas których możemy przekazać dziecku wiele i wiele go nauczyć. I niezależnie od tego czy pracujemy zawodowo czy nie to jesteśmy takim samym wzorem dla naszych dzieci- nie zapominajmy o tym.
Dodatkowo- jeśli naszym dzieckiem opiekuje się niania lub babcia/dziadek możemy poprosić ich o to, aby włączali dziecko aktywnie w  gotowanie.

Kuchnia to serce domu

Często nie zdajemy sobie sprawy jak ważne jest to miejsce i na jak wiele sfer naszego życia i życia naszych dzieci ma ona wpływ. To nie tylko pomieszczenie z lodówką, kuchenką i blatem. Czy to nie w kuchni toczą się najciekawsze rozmowy podczas spotkań w przyjaciółmi?
Nie ograniczajmy wiec kontaktu dzieci z kuchnią do minimum. To na prawdę ważne.


sobota, 26 lipca 2014

Inny wymiar bliskości: Dlaczego warto nosić dziecko?


Noszę moje córki. Noszę w chuście, noszę na biodrze. Noszę, bo tego potrzebują i czuję, że ja też tego potrzebuje. Trzymanie dziecka blisko siebie to dla mnie inny wymiar bliskości. To jedna z tych rzeczy które kocham i za którymi z pewnością będę tęsknić za kilka lat gdy będą już "takie duże i samodzielne".

Chustonoszenie
Zanim zostałam mamą nie nastawiałam się na noszenie w chuście. Wprawdzie spotykałam rodziców tak noszących maluchy i ten widok zawsze mnie rozczulał, jednak nie byłam pewna czy to jest coś dla mnie. Miałam wiele wątpliwości, nie wiedziałam czy to na prawdę jest tak praktyczne jak mówią. Nie wierzyłam aż spróbowałam i przekonałam się, że warto.
To była miłość od pierwszego noszenia.
Teraz córeczki są już dwie a chusta sprawdza się każdego dnia coraz bardziej. Przetestowaliśmy nawet ostatnio urlop bez wózka i śmiało mogę powiedzieć, że daliśmy sobie świetnie radę.


Dlaczego warto nosić dziecko?
  • Bliskość jaką dajemy dzieciom nosząc je jest nieoceniona. Maluch kołysze się w naszym rytmie, momentalnie się uspakaja słysząc przy tym także bicie naszego serca. Czuje naszą obecność, przywiązuje się do nas jeszcze mocniej. Czuje się bezpiecznie.
  • Podobno jest to recepta na kolki (nie wiem, dziewczynki kolek nie miały - u nas chustowanie pomogło przetrwać okres bolesnego ząbkowania).
  • Przy prawidłowym wiązaniu nóżki dziecka są zgięte i odwiedzione pod odpowiednim kątem a a plecy lekko zaokrąglone. Jest to pozycja fizjologiczna, zdrowa dla maluszka. Dodatkowo może korzystnie wpłynąć na prawidłowy rozwój stawów biodrowych u najmłodszych. 
  • Możemy dotrzeć w wiele miejsc w które nie dotarłby wózek! Nierówne pola, kręte wąskie dróżki, szlaki nie są już żadną przeszkodą.
  • Możemy robić wiele rzeczy (w domu i poza nim) których nie dalibyśmy rady zrobić z dzieckiem na biodrze. Dzięki chuście ręce mamy wolne i beż żadnego problemu możemy normalnie funkcjonować
  • Dajemy dziecku możliwość patrzenia na Świat z naszej perspektywy, obserwowania i bardziej aktywnego uczestniczenia w naszym życiu.


To nie takie trudne!
Przyznam,że bardzo obawiałam się pierwszego motania. Chusta niezwykle długa a maleństwo takie malutkie. Bałam się, co mam zrobić i jak zrobić to prawidłowo. Chusta to tylko narzędzie i trzeba nauczyć się prawidłowo z tego narzędzia korzystać.Wystarczy zamotać parę razy żeby dojść do wprawy i lada dzień robić to dosłownie z zamkniętymi oczami.
Chcesz zacząć przygodę z chustonoszeniem? Przeczytaj ten wpis a w nim rady jak zacząć i jaką chustę wybrać.


Ciężko Ci?
Ludzie często zaczepiają mnie na ulicy pytając czy oby nie jest mi zbyt ciężko. Otóż ciężko to mi było nosić dziecko na rękach bez chusty, układać odpowiednio plecy, ręce, odchylać się do tyłu i próbować jednocześnie zrobić cokolwiek innego.
Gdy chustę zawiążemy dobrze ciężar ciała dziecka rozłożony jest równomiernie i tak na prawdę prawie nie czujemy że ktoś tam w tej chuście siedzi. Nie wierzysz? Spróbuj. Zobaczysz, że dzięki chuście będzie Ci o wiele wiele lżej!


"Się dziecko przyzwyczai i będzie wymuszać!"

Główny argument na "nie" z jakim się spotykam to to, że dziecko będzie rozpieszczone noszeniem, przyzwyczai się i będzie wymuszać noszenie przy każdej możliwej okazji. Dziecko rodzi się przyzwyczajone do bliskości i do noszenia. Przez okres ciąży kołysze się w rytm naszych kroków i słyszy bicie naszego serce. Pierwsze co czuje po urodzeniu się to nasz zapach -  ten który kojarzy mu się później z bliskością, ciepłem, bezpieczeństwem.
Po pierwsze: dziecko niczego nie wymusza. Za sygnałem który nam wysyła, czy jest to płacz, krzyk, czy wyciągnięte w górę ręce, marudzenie- stoi jakaś potrzeba. Dziecko po prostu nie potrafi okazać jej inaczej. Przecież maluch nie podejdzie do nas i nie powie "mamo, tato, potrzebuje się do Ciebie przytulić, czy weźmiesz mnie na ręce?".Nie wyobrażam sobie odmówić dziecku bliskości. Odmówić tego gdy ono tego daje mi taki jasny komunikat. Oczywiście, są sytuacje gdy jestem zmęczona lub nie mam zwyczajnie siły nosić, nawet w chuście- wtedy jednak tłumaczę, kucam przy dziecku i przytulam albo biorę je na kolana. Obie to rozumieją.
Dodam jeszcze, że dziecko wcale nie rozleniwia się dlatego, że jest noszone. Czuje bliskość, buduje pewność siebie i później jest chętne aby odkrywać świat samodzielnie i po swojemu a do nas wracać aby się przytulić, odpocząć, podzielić radościami czy odstresować. Czy nie o to chodzi?


W bliskości siła!
Uwielbiam nasze chustowe spacery. Każdą z tych chwil mam ochotę oprawić w ramkę i powiesić w widocznym miejscu. Wiem, że niedługo dziewczyny z tego wyrosną- panna M do chusty wskakuje w zasadzie tylko dla zabawy bo preferuje bieganie, tańce i jazdę biegówką. Jeszcze chwila i młodsza będzie stopniowo zmniejszała ten czas chustowy na korzyść pierwszych kroków, spacerów czy też wyścigów z siostrą.
Póki mam więc możliwość aby czuć tę bliskość czerpie z niej garściami.



O chustach i o noszeniu zamierzam częściej pisać dlatego jeśli macie jakiekolwiek pytania-piszcie śmiało! :)

poniedziałek, 21 lipca 2014

Zabawy z wyobraźnią

To, że dzieci i ich postępy zaskakują wiem doskonale, doświadczamy tego na co dzień. Jednego dnia trzy kroki, drugiego 18 kroków a trzeciego dnia starsza chodziła tak, jak by robiła to od zawsze. Spodziewałam się, że prędzej czy później zaczną się pierwsze słowa a potem zdania. Ani się obejrzałam a ze zdań zrobiły się dyskusje, opowiadania a nawet pierwsze żarty. Z "pika ama" zrobiło się "pycha mamo, jeście raz prosie, mogem?"..
Zabawa też się zmieniła. Z przeglądania książeczek, układania puzzli, klocków, z tańca... z naszych codziennych wygłupów i opowiadań o wszystkim i o niczym wyewoluowało coś, czego się spodziewałam ale zupełnie nie teraz- zabawy z wyobraźnią.
Nie to, że wątpię w kompetencje dzieci moich;) o nie! Ale po prostu nie sądziłam, że to nastąpi tak szybko!
Młoda dama nie ma nawet 2,5 roku a już wymyśla scenariusze zabaw, tworzy coś z niczego, wciela się w różne postacie:

Dziś bawiliśmy się w sklep. Tatuś dał młodej niewidzialne pieniądze po czym czlowiek 2 letni uciekł do pokoju obok rozmawiac z niewidoczną ekspendientką. Zakupiła mamie suknie.
-Prosie bardzo! Chcialaś kienke (sukienke)?
-Oj tak, przydałaby mi się
-Ta już nie dobra- powiedziała pokazując na tą, którą dziś miałam na sobie- masz nowom
-Dziękuję!
-Buty chcesz?
-Pewnie, byle wysokie szpilki!
-Okej!
Po czym znów do "sklepu" uciekła i wróciła z parą niewidzialnych szpilek. Cięzko opisać z jaką pieczołowitością zakładała mi te niewidzialne buty na bose stopy. Założyła je po czym odsuneła sie i patrzy na nie pytając:
-Dobre? Pasujom?

***
Ostatnio bawiliśmy się klockami duplo, zbudowała drzwi.
- Puk puk! Otwórz mama!
- Kto tam?
- Królik mały, duży nie... duży nie mieści się, tylko mały!
- A myślałam, że to miś przyjdzie, gdzie jest miś?
- Jest u mnie w brzuszku!

***
-Kochanie, dlaczego masz skarpetki na rączkach?
-Będe łapała muchy!

***
Ustawiła niewidzialną granicę po czym kazała mi stanąć i złapała za rękę
-Uważaj, to jest ulica! Teraz czerwone światło jest, ludzik czerwony, czekaj.
-Mogę już iść kochanie?
-Teraz tak, już zielone

***
Wsypuje na niby piasek do pudełka
-babko babko udaj się, bo jak nie to Cie zjem!
Po czym delikatnie podnosi pudełko ze swojej niby-babki i mówi
-patrz! jakie duże... ogromne! jakie piękne, widziś?

***
Siedzi na ławie jak kura na grzędzie
-ko ko ko ko ko!
-Co robisz?
-Robiem jajo!
Schodzi młoda dama po czym chwyta w palce niewidzialne jajko i podaje mi je niezwykle delikatnie, idąc do mnie na paluszkach
-pacz! jakie duzie! chowamy?
...i prowadzi mnie do lodówki

Do tego córeczka młodsza już wie, jak układać klocki. Wprawdzie nie ma siły wcisnąć jeden w drugiego ale już układa wieże i pomaga mi budować kolorowe plastikowe mury.

Mam ochotę każdą tą chwilę utrwalić, każdą zabawę przeżywam i zachwycam się tym, jak to ten mały człowiek potrafi już wymyślać, kombinować. I jestem niezwykle szczęśliwa wiedząc, że to co dajemy dzieciom czyli czas i uwagę tak bardzo procentuje.

wtorek, 3 czerwca 2014

Dzień Dziecka za nami

Dzień Dziecka za nami, ale czy coś się zmieniło? Z ulic i stron internetowych znikają już plakaty zapraszające na festyny, koncerty, zabawy. Na sklepowych wystawach uspokoiło się zabawkowe szaleństwo, ludzie już nie wzdychają głośno czekając w długich kolejkach, żeby zapłacić za całe stosy zabawek. To tyle. A nasze dzieci? Są takimi samymi dziećmi jakimi były 1 czerwca. Tak samo potrzebują nas, naszego czasu, wsparcia, naszej czułości.



Nie mówię, ze Dzień Dziecka jest zły. Wręcz przeciwnie! Uwielbiam małe i duże święta bo są one pretekstem do zrobienia czegoś wyjątkowego i kocham je celebrować. Jednak czasem mam wrażenie, że zbyt łatwo zapomnieć o podstawowych sprawach. O tym, że ważniejsza jest ZABAWA a nie ZABAWKI.  Gdy kupujemy coś nowego naszym urwisom pamiętajmy o tym, że nawet najlepsza zabawka nie będzie zachwycać gdy będzie musiało bawić się nią samo. Zabawka nie zastąpi rodzica. Owszem, czasem dziecko zachwyci się nią i zajmie się przez dłuższy czas, jednak zostanie rzucona w kąt po kilku dniach lub godzinach gdy nie będzie nas lub innego towarzysza zabaw. Uśmiech, tak szeroki w chwili otwierania prezentu zmniejszy się a zapał zniknie. Chcesz, żeby te cudowne, pozytywne emocje przetrwały dłużej? Weź swoje dziecko za rękę, włącz muzykę i zatańcz tak jak by nikt nie widział. Idź poskakać po największych i najbrudniejszych kałużach i nie martw się o swoje ubranie.  Buduj wysokie wieże z klocków, rysuj 80 raz takiego samego misia. Do malowania używaj rąk, nie tylko pędzli. Pokazuj świat i opowiadaj o wszystkich ciekawych szczegółach. Pozwól biec przed siebie. Przytulaj. Uśmiechaj się. Słuchaj. Bądź. 



poniedziałek, 26 maja 2014

26 maja 2014. Dzień Matki. To też mój dzień.

26 maja 2014
Niby kolejny, zwyczajny dzień. Jak co dzień o 5:30 córki sygnalizują, że noc już się skończyła i czas na zabawę. Zwlekam się z trudem z łóżka, bo choć od ponad 2 lat wstaje o tej porze to nadal nie mogę się przyzwyczaić do tego, że noc ma tyle godzin co palce jednej ręki. Obie młode damy już rozbrykane i uśmiechnięte. Mycie, czesanie, ćwiczenia i śniadanie a potem zatapiamy się w stercie klocków, puzzli i kolorowanek. W tle słychać muzykę, bo przecież kilka razy na godzinę trzeba poskakać i potańczyć. Tak, nawet o 6 rano. Mimo naszych rytuałów każdy dzień jest nieco inny. Każdy na swój sposób wyjątkowy bo możemy uczyć dziewczynki czegoś nowego a one chłoną tą wiedzę jak gąbka i cieszą się z każdego nowego doznania. Ale TEN dzień ma w sobie coś niezwykłego.
Poranny prysznic, usypiam na stojąco słysząc szum wody. Z chwilowego zawieszenia wybudza mnie nieśmiałe pukanie po którym całkiem już śmiało wbiega do łazienki mała dziewczynka. Krzyczy wesoło śmiejąc się i machając do mnie kartką papieru. Wyłączam wodę i wycieram ręce. Słyszę „Prosie bardzio!” wypowiedziane z najszerszym i najszczerszym uśmiechem na ustach. W moich rękach znajduje się laurka z odrysowanymi rączkami dwóch małych księżniczek i kwiatkiem. Przytulam starszą najmocniej jak potrafię i dziękuje jej z całego serca za to, że jest. Za to, że jest moja, wyjątkowa i najwspanialsza.

-Kochanie, a narysujesz mi jeszcze kotka?- pytam
-I misia, tak?
-Tak skarbie, misia też możesz narysować.

W pokoju czeka córka młodsza. Siedzi obsypana przez siostrę kilogramami klocków i pluszaków jednak nie patrzy na nie. Patrzy w moją stronę i uśmiecha się szeroko mówiąc „mamama mamama ma amama!”. Jej oczy śmieją się razem z nią. Czy mogłabym prosić o więcej niż o dwa takie wyjątkowe skarby? I znów przytulam, i znów mam łzy w oczach...

Dziękuje za to że juz trzeci raz mogę w ten dzień mówić, że to także moje święto. Dziękuję za to, że tak na prawdę to święto obchodzę przez cały rok i że każdego dnia mogę uśmiechać się słysząc słowa "mama" „mamo” „mamusiu”...
Dziękuję za to, że dzięki tym dwum małym istotkom jeszcze bardziej doceniłam swoją Mamę. Zawsze doceniałam to, co dla mnie robi, że pomaga i kocha. Za to, że wybacza i za to, że zawsze stara się zrozumieć. Ale teraz to wszystko mnożę przez tysiąc bo wiem, że bycie mamą to nie tylko najwspanialszy ale też najbardziej wymagający zawód Świata.



Dziękujemy za cudowne zdjęcia naszych urwisów Nat i Marcinowi ze Snap Studio!

niedziela, 11 maja 2014

Życie towarzyskie młodych rodziców czyli o Przyjaźni słow kilka

Mówi się, że dzieci przewracają Świat do góry nogami. I tak i nie. Nie lubię negatywnego wydźwięku jakie niesie to stwierdzenie. Wywracają go owszem, ale w pozytywnym aspekcie. Otwierają nam oczy na Świat, uczą nas poznawać go od nowa. Uczą nas doceniać to co mamy.

Co jeszcze? Wraz z pojawieniem się dzieci zmieniają się nasze priorytety, zmienia się to, jak wygląda nasze codzienne życie. Zmienia się to, jak organizujemy swój czas. I zmieniają się też ludzie z którymi czas ten spędzamy.
Wiele osób uważa, że „dzieciaci” nie mają już życia towarzyskiego, że teraz już tylko pieluszki, mleko i spacerki... Po co ich zapraszać na imprezę / kolację / spotkanie skoro pewnie nie przyjdą „bo mają dzieci”? Bo i tak będą się źle bawić „bo mają dzieci... a one pewnie będą marudne” albo „i tak nie będą mieli ich z kim zostawić”. Nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo się mylą. Z dziećmi też można aktywnie żyć, można świetnie się bawić, można odwiedzać wiele miejsc, podróżować. Można spędzać wspólnie czas nie zajmując się tylko kredkami i bajkami, można być sobą. Z dziećmi jest inaczej, to fakt. Ale to nie znaczy, że jest źle. Jest na prawdę super! Bywają owszem cięższe momenty, ale hej... kto ich nie ma?
Prawda jest taka, że odkąd mamy dzieci mam wrażenie, że częściej wychodzimy na miasto, częściej spotykamy się z ludźmi. Da się! Wymaga to czasem niezłej organizacji, ale dla końcowego efektu warto. Dzieci uczą się świata, zachowania w nowych miejscach, poznają ludzi. A my? My utwierdzamy się w przekonaniu, że dzieci to nie koniec świata. To początek. To przeżywanie wszystkiego na nowo, przeżywanie głębiej.

I wiecie co najbardziej kocham w tej nowej rzeczywistości? To czas, jaki spędzamy z naszymi przyjaciółmi.
Wspaniały czas spędzony z bliskimi osobami też jest świetnym pretekstem do szaleństwa w kuchni. Wspólne gotowanie zbliża. To w kuchni najlepiej się plotkuje, rozmawia na wszelakie tematy, to w kuchni moim zdaniem jest serce domu.
Wspólne posiłki są czymś, co kocham celebrować. Uwielbiam ten magiczny czas, kiedy nikomu się nie spieszy, kiedy można nie tylko „zjeść” ale i nacieszyć oko pięknie wyglądającymi potrawami, porozmawiać, po prostu być razem. Nie ukrywam też, że takie spotkania są dla mnie niczym baterie, które pozwalają mi funkcjonować przez najbliższy czas. Są jak zastrzyk pozytywnej energii, niesamowicie przecież potrzebnej przy dwójce rozbrykanych maluchów :)  Ten czas pomaga mi się zregenerować, zapomnieć o problemach, zobaczyć że blisko siebie mamy mnóstwo niesamowitych i dobrych ludzi na których zawsze możemy liczyć.

Kochani Przyjaciele! Dziękuje Wam wszystkim i każdemu z osobna za to, że jesteście. Za każdą minutę, za każdy uśmiech. Za wspólny czas. Za wszystko.