Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 listopada 2014

Wehikuł czasu

Jak byłam mała często słyszałam jak dorośli mówili "po dzieciach widać jak szybko płynie czas". Jakoś w to nie wierzyłam, no bo jak to widać? Ot, czas sobie leci jak zawsze przecież. Raz dzień jest aktywny, raz leniwy - tyle jeśli chodzi o różnice.
Bycie matką szybko przypomniało mi o tym starym powiedzeniu. Teraz stwierdzam, że dzieci to istny wehikuł czasu. Pstryk - i mija rok, mijają dwa lata. Nie wiadomo kiedy. 
Łapie się na tym, że przecież dopiero co byłam w ciąży, dopiero co mój brzuch przybierał nienaturalnie dziwne kształty, dopiero co robiłam badania i zastanawiałam się nad tym co mnie czeka a tu już dwie kobietki biegają po pokoju. Kiedy to się stało? 

Dzieci rozwijają się skokowo. Najbardziej dziwi mnie to, jak jednego dnia mają problem aby przekręcić się z brzucha na plecy a kolejnego dnia rano nagle raczkują czy wręcz wstają tak, jak by robiły to od zawsze. Czasem wystarczy jeden dzień albo wręcz chwila żeby nie zauważyć kiedy to nasze dziecko nauczyło się czegoś nowego. Każdego dnia mam wrażenie, że nie jestem wręcz w stanie ogarnąć ich nowych umiejętności, nowych słów czy powiedzonek, nowych zachowań.

Pewnego dnia pojechałam do szpitala aby powitać na świecie druga córkę. Maleńka panna M dostała buziaka, wtuliłam się w nią mocno i obiecałam, że szybko do niej wrócę. Była taka mała, bezbronna. Nie całe 3 dni później znów się spotkałyśmy. Ale moim oczom ukazała się zupełnie inna osoba. Taka duża, taka dorosła. Miałam wrażenie, że przeniosłam się w czasie, że minęły dwa lata. Spoglądałam to na nią to na okrucha który dopiero się urodził i czułam się zagubiona. Przecież ona mówi, mówi tyle nowych słów których nawet nie próbowała wypowiedzieć kilkadziesiąt godzin temu! I urosła, I zachowuje się jakby inaczej: biega, skacze, wygląda jak przedszkolak a ma dopiero 1,5 roku. Mając punkt odniesienia w postaci małego, nawet nie 3 kilogramowego zawiniątką poczułam, że minęło sporo czasu. 


Dziś dziewczyny, choć dzieli je 1,5 roku różnicy, są do siebie bardzo podobne. Podobny wzrost, podobna waga, i lada dzień będą to już podobne umiejętności. Trzymając młodszą na rękach lub nosząc ją w chuście miałam cały czas wrażenie, ze mimo wszystko jest taka drobna, taka bezbronna jak wtedy gdy lekarze kładli ją przy mnie tuz po porodzie. A tu nagle znów - pstryk - i uświadomiłam sobie, że ona przecież już samodzielnie je, całkiem sprawnie się przemieszcza i coraz więcej mówi. 

To wszystko może brzmi jak by nie miało składu i ładu ale tak też się czuje. Czuje, że przez palce przelatuje ten czas i te wszystkie nowości i osiągnięcia. Czuje, że wszystko kręci się za szybko, że dni lecą jak szalone a kartki z kalendarza chyba odrywają się po kilka na raz i to z wielkim wyprzedzeniem. 
Chciałabym znać receptę na spowolnienie tego wszystkiego. Chciałabym stanąć obok i jeszcze raz przeżywać wiele z momentów które są już za nami. Wiem jednak, że nie mogę.

Każdy dzień wspólnego, rodzinnego życia jest cenny i wyjątkowy. Przed nami wiele dobrego, czuje to. Z ciekawością czekam na to, co przyniesie przyszłość. Ciekawa jestem tego czym będą interesować się dziewczyny w szkole, z kim będą się spotykać jak będą dorosłe, czy  jakie będą miały dzieci. Jednak ogromnie smuci mnie fakt, że nie wiadomo kiedy minęło tyle czasu i że nie zdążyłam się nawet nacieszyć tą ich maleńkością i bezbronnością. Już teraz tęsknię za małymi rączkami odruchowo ściskającymi kciuk, za bliskością jaką dawało nam karmienie piersią, za tym zapachem niemowlęcia i delikatnym aksamitem pierwszych włosków.

Często dziękuje losowi za to, że umożliwił mi bycie z dziewczynami w domu przez te pierwsze lata. Za to, że mogłam obserwować je i spędzać z nimi każdą chwilę. Ten czas już jest nasz i nikt nam go nie zabierze. Nie żałuję żadnej decyzji i żadnego dnia, choć nie raz słyszałam że powinnam się wyrwać i nie siedzieć cały czas z dziećmi. Czuje, że dzięki temu "zamknięciu się w domu" rozwinęłam się bardziej, niż mogłabym to zrobić gdzie indziej. To zamknięcie otworzyło mnie na wiele ważniejszych spraw niż gonitwa za karierą która przedtem wydawała mi kluczowa w osiągnięciu szczęścia i satysfakcji.

Nauczyłam się wiele, poukładałam swoje priorytety. Zrozumiałam co tak na prawdę jest wartościowe i piękne. Czasem tylko chciałabym aby ten wehikuł czasu potrafił choć na chwilę zadziałać wstecz abym mogła niektóre z tych cudnych dni przeżyć jeszcze raz.

poniedziałek, 6 października 2014

Bliskości też trzeba się nauczyć.

Niektóre sprawy są tak oczywiste, że o nich zapominamy. Z czasem ta niepamięć powoduje trudności i to, co było takie naturalne i oczywiste staje się wyzwaniem, problemem, czymś trudnym do pojęcia.
Tak też jest z bliskością.

Nie trudno w dzisiejszych czasach o to, aby zanikały nasze instynkty, abyśmy tracili to, co ważne i wiele przestawali rozumieć. W czasach smartphonów, laptopów, pędu za karierą i wypełnianiem każdej możliwej rubryki naszych terminarzy wpadamy w wir który wciąga nas i często powoduje, iż zaczynamy wierzyć w to, że wszystko musi być zrobione na szybko. Działamy mechanicznie odhaczając kolejne punkty na naszej liście i tego uczymy nasze dzieci.


Bliskości też trzeba się nauczyć.

Jakkolwiek dziwne wydaje się to stwierdzenie jest w nim ogrom prawdy. Rodzic wiecznie w pracy, nawet po godzinach. Rodzic w domu, ale z telefonem i laptopem w promieniu kilku centymetrów. A dziecko? Przed telewizorem co by nie przeszkadzało i dało chwilę wytchnienia.
I komedy: zrób to szybko, zjedz już, idziemy, wracamy, masz- pobaw się. Zaraz. Zaraz przyjdę, zaraz zobaczę. No idź, daj mi spokój.

Faktem jest, że ogromnie cenie sobie chwilę tylko dla siebie. To normalne i zupełnie zrozumiałe, że każdy potrzebuje oddechu. Chwili z gazetą, książką, blogiem i kubkiem ulubionej kawy czy herbaty. Staram się jednak nigdy nie szukać takich chwil kosztem dzieci. "Mój czas" to czas gdy one śpią lub są zajęte wspólną zabawą i chwilowo nie potrzebują mojej obecności. Pozostałe chwile jesteśmy razem i dla siebie.

Bliskości trzeba się nauczyć. Ja znajduje ją w codziennych rytuałach. W tym, że zawsze jemy RAZEM. W tym, ze zawsze przed wspólnym posiłkiem dajemy sobie buziaka. W tym, że RAZEM gotujemy i sprzątamy, wygłupiamy się, malujemy. W tym, że zwracamy na siebie uwagę i staramy się wysłuchać drugiej osoby.
Bliskość to nie tylko dłoń wciśnięta w dłoń. To też rozmowa, zabawa, wspólne zbieranie liści. Bliskość to też umiejętność bycia razem nawet gdy dzieli nas wiele kilometrów. To ciepłe myśli, pamięć, uśmiech.

Bliskość procentuje.
Widzę to teraz, gdy starsza budzi młodszą słowami "dzień dobry słoneczko kochane".
Widzę to w każdym ich geście, w empatii. W tym jak dbają o siebie i o innych.
Dzieci naśladują nas i to, co obserwują teraz oddadzą w przyszłości.
Jeśli nie będziemy ich słuchać, nie będą słuchały.
Jeśli nie będziemy odpowiadać na ich potrzeby, nie będą potrafiły spojrzeć na drugiego człowieka i wysłuchać lub pomóc.

Jest wiele sposobów na bliskość.
Dla mnie bliskość jest wsłuchaniem się w to czego potrzebuje druga osoba. To staranie się o to, aby każdy członek rodziny był szczęśliwy i abyśmy w swoich potrzebach i marzeniach starali się wypracować kompromis.

Jednym ze sposobów na bliskość stała się dla mnie chusta. Pozornie zwykły kawałek materiału który scala mnie i dziecko. Wzajemnie czujemy swoje ciepło i bicie serc.
Nosiłam i noszę obie córki. I wcale nie martwię się o to, że któraś się przyzwyczai bo przecież o to w tym wszystkim chodzi. Nie ukrywam, że chusta pomaga tez w tym całym pędzie. Jesteśmy blisko siebie a jednocześnie możemy dużo spraw załatwić nie tracąc wspólnych chwil.
Wiem też, że czasem gdy któraś przyśnie ukołysana w rytm moich kroków, może mogłabym odłożyć ją do łóżeczka. Ale nie, wole świętować każda jedną minutę kiedy jesteśmy tak blisko siebie. Wiem, że te chwile są coraz krótsze. Wiem, jak szybko uciekają i wiem też o tym, że zaraz będzie nam smutno, że wielu z tych chwil nie wykorzystaliśmy.


Nauczmy bliskości siebie, aby żyło nam się milej, cieplej, pełniej.
Nauczmy bliskości nasze dzieci, aby były pewne siebie, szczęśliwe i aby tym szczęściem zarażały innych.


A jakie są Wasze sposoby na bliskość?

niedziela, 28 września 2014

Wychowuj, nie tresuj.

Mam wrażenie, że niektórzy chcieliby mieć dzieci idealne. Takie co zrobią wszystko na zawołanie i zachowają się tak, jak chce tego otoczenie / rodzic / ktokolwiek inny. Dziecko, które powie "dzień dobry" szturchnięte lekko przypominająco przez rodzica u progu sklepowych drzwi. Dziecko które będzie zawsze spało wtedy, gdy "powinno" a przy gościach zawsze będzie "grzeczne".

Nie chce mieć takiego grzecznego dziecka. Dziecka robiącego coś tylko dlatego, że ktoś tego wymaga. Dziecka które będzie na każde skinienie robiło to, czego mamy kaprys od niego wymagać.

I nie, nie wychowam dziecka rozpuszczonego i niewychowanego.


Spotykam się co chwilę z krytyką iż wychowując dziewczyny w duchu rodzicielstwa bliskości, nie stosując nagród i kar, starając się wsłuchiwać w ich potrzeby stosujemy bezstresowe wychowanie a nasze dzieci będą miały w poważaniu uczucia innych i zasady panujące na Świecie.
Nic bardziej mylnego.
Już teraz widać, że RB procentuje. Procentuje z każdym dniem coraz mocniej. Dziewczyny są empatyczne, dbają o siebie, o nas i o innych wokół. Starsza ponoć w przedszkolu przytula płaczące dzieci i ociera im noski, a gdy jej siostra płacze mówi "pośpiewam Jagusi, żeby nie płakała i żeby poczuła się dobrze."

Zastanawialiście się kiedyś nad sensem rozkazywania dziecku "teraz powiedz dzień dobry!", "a teraz bądź cicho", "mówimy teraz do widzenia!!" ? Czy zamiast tresować dziecko, karać je za brak powtórzonej formułki nie lepiej je wychować i pokazać to, jak można się zachować? Przecież dzieci uczą się naśladując. Gdy my witamy się z innymi, dziękujemy, prosimy one będą wcześniej czy później robić podobnie. Nie zmuszajmy ich do tego bo możemy osiągnąć odwrotny skutek. Można porozmawiać, wytłumaczyć ("Miło by było gdybyś po wejściu do cioci przywitała się / podała rękę / przybiła piątkę" / "Gdy ktoś zrobi dla nas coś dobrego warto mu podziękować i uśmiechnąć się" etc.)
Gwarantuje Wam, że to poskutkuje,

Nie znoszę gdy ktoś zmusza dzieci do zachowań które w jego mniemaniu są kulturalne (jak przywitanie, podziękowanie lub przeproszenie). A czy zmuszanie kogoś do zrobienia czegoś jest kulturalne? Czemu nad tym nikt się nie zastanawia?

Zanim powiesz dziecku "Przeproś szybko! Nieładnie się zachowałeś/aś!" zastanów się po co to wszystko.
Czy fajnie jest być przepraszanym przez kogokolwiek z przymusu? Czy nie cenniejsze są przeprosiny ze szczerego serca? Takie, gdy ktoś mówi przepraszam bo na prawdę żałuje i chce pokazać, że mu przykro? Ja osobiście wolę gdy córka nawet po kilku godzinach podejdzie do mnie, wtuli się mocno i powie "przepraszam mamusiu" niż gdyby miała ze spuszczoną głową odburknąć mi "przepraszam" tylko po to, by mieć to z głowy.
Zresztą, czy zawsze przeprosiny muszą być takie oficjalne? Czy nie wystarczy rzucenie się na szyję i buziak?

Pozwólmy dzieciom zrozumieć różne sytuacje, zachowania i różne uczucia jakie one powodują zamiast narzucać im gotowe rozwiązania. 

Wychowujmy, a nie tresujmy.
Bo jeśli nas kiedyś zabraknie kto im powie co powinny robić? Czy nie lepiej aby potrafiły same zrozumieć i zachować się adekwatnie do sytuacji?

wtorek, 2 września 2014

Kolejna pępowina, kolejna wyprawka.

Kolejna pępowina została bezpowrotnie przecięta. Kilka dni temu córka starsza po raz pierwszy przekroczyła progi przedszkola. Zaczynam rozumieć rodziców którzy mają mokre oczy ze wzruszenia gdy ich dziecko przechodzi przez próg placówki, przechodzi do kolejnej klasy, zaczyna kolejny etap w swoim i ich życiu.


Młoda zareagowała niezwykle entuzjastycznie na wieść o tym, że dostała się do przedszkola. Przecież codziennie pytała o nie mijając je na spacerze. Była przy każdej rozmowie w placówce gdy niczym matka-wariatka zadawałam miliony pytań. Ba! nawet bawiła się 1,5 h ze starszakami.
Gdy tylko telefon zadzwonił i padła informacja o wolnym miejscu córka złapała za swój plecak i pieczołowicie wepchała do niego łokciem ciut za dużego misia. Gdy już udało jej się dopiąć suwak powiedziała z uśmiechem: "Idem podpisać papiery do psiedszkola!" i poszła w kierunku drzwi.

Kolejna wyprawka została zakupiona. Dopiero co spisywałam listy co by tu przydało się przy porodzie oraz w początkowych miesiącach przy maleńkim urwisie a tu - kolejna lista a na niej rzeczy przyziemne takie jak kapcie, szczoteczka i pasta, podpisany kubeczek.
Dopisałabym do listy coś niezbędnego, w co staramy się wyposażać dziewczyny każdego dnia - pewność siebie i pewność naszej relacji.

Jak zapewne większość rodziców, tak samo i ja, tonę wręcz w gąszczu pytań w wątpliwości. Co mam zrobić aby wspierać moje dziecko? Jak pozwolić jej wejść w grupę ale jednocześnie pozwolić jej być cały czas jak najdłużej przy mnie, przy tacie i siostrzyczce.

Przedszkole traktujemy jako zajęcia dodatkowe dla Młodej. To za wcześnie dla takiego urwisa, aby zostawała bez nas na całe dnie. Zresztą ani ona ani my nie chcemy i nie potrzebujemy aby była tyle godzin poza domem. Zresztą nadal jestem z panną J w domu więc chciałabym nadal mieć możliwość spędzania z córkami jak największej ilości czasu. Nawet poświęcając 100% mojego czasu dzieciom nie nauczę ich jednak jak mają funkcjonować w grupie i wielu, wielu innych rzeczy których nauczyć się można tylko przez wejście w nią i poznanie innych ludzi, innych zachowań.

Zapewne kryzys także kiedyś się pojawi, niemniej jednak póki co zachwyt trwa. Nie do opisania jest radość w opowieściach o kolegach i koleżankach oraz o tym, co nowego poznała i zrobiła.

To tylko 4 godziny dziennie a zmiany są ogromne.
Po kilku dniach pojawiły się w domu nowe piosenki, nowe zabawy.
Pojawiają się powoli nowe tematy do rozmów.
Pojawiają się nowe emocje, nowe twarze i nowe imiona.
W życiu dzieci pojawią się też wkrótce nowe autorytety.

Niby naturalna kolej rzeczy ale też chyba naturalny jest stres związany z tym, że nasze małe pisklaki może jeszcze nie opuszczają gniazda ale uczą się latać coraz wyżej i coraz dalej. 

Staram się trzymać kciuki sama za siebie aby nigdy tych skrzydeł im nie podciąć.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Jak zacząć przygodę z chustonoszeniem? Na co zwrócić uwagę przed zakupem chusty?

O tym dlaczego warto nosić dziecko pisałam tutaj. Im dłużej noszę, im rzadziej korzystam z wózka przy dziewczynkach tym bardziej uświadamiam sobie jak bardzo będę tęsknić za chustonoszeniem. To jedna z tych małych pępowinek (karmienie piersią, wspólne spanie, całe dnie razem) które trzymają mnie blisko dzieci i których stopniowe odcinanie bardzo mnie boli. Cóż, są jeszcze koty... może ona dadzą się kiedyś zamotać ;)


Zebrałam garść pytań z którymi spotykam się najczęściej od osób które chcą rozpocząć przygodę z noszeniem w chuście. Mam nadzieję, że odpowiedzi na nie będą dla Was pomocne.

Kiedy można zacząć noszenie w chuście?

Tak na prawdę od samego początku. Starszą córkę motałam jak miała nie całe 3 tygodnie, młodszą pierwszego dnia po powrocie ze szpitala - miała wtedy 4 dni.

Czy nie zrobię maluszkowi krzywdy?

Nie. Jeśli wiązanie jest prawidłowe dziecko jest odpowiednio asekurowane i ułożone zgodnie ze swoją fizjologią. Tak na prawdę noszenie malucha w chuście może być lepsze niż noszenie go w dziwnych pozycjach na rękach czy na biodrze bo mamy pewność, że jego kręgosłup ma prawidłowe ułożenie, a dzięki odpowiedniemu odwiedzeniu nóg bioderka także są w bezpiecznej pozycji.

Gdzie kupić chustę? I dlaczego używana chusta jest lepsza?

Chusty dostępne są w sklepach internetowych lub na stronie producenta jednak najbardziej polecam skorzystanie z grup lub forów internetowych (ew. serwisów typu allegro) i zakup chusty używanej.  Dlaczego używana chusta jest lepsza? Chusta nowa jest bardzo sztywna i wymaga specjalnego "złamania" - z materiałem trzeba popracować aby był wygodny, dobrze się motał i współpracował z nami. Chusta używana pracowała już nosząc dziecko i dzięki temu jest bardziej plastyczna, łatwiej ją dociągać.

Chusta tkana czy elastyczna?

Jeśli chcesz zakupić jedną chustę od razu polecam zakup chusty tkanej. Dlaczego?
Chusta elastyczna jest dobra na początek - możliwy jest tylko jeden (w dodatku prosty) typ wiązania, mocno otula dziecko i pomaga się przekonać do tego, że noszenie w chuście może być na prawdę fajne. Ma jednak swoje wady:
- trzeba korygować pozycję dziecka na bieżąco. Niestety ale chusta elastyczna nie daje takiego stałego podparcia jak chusta tkana
- łatwo tę chustę zamotać jednak elastyk wybacza wiele błędów i pozornie "dobre" wiązanie może okazać się nieodpowiednie
- nie nadaje się na lato- w chuście elastycznej dziecko otoczone jest trzema warstwami elastycznego (więc nie oddychającego) materiału
- odpowiednia jest tylko dla maluszków do kilku kilo. Zazwyczaj od 5-6 kg nie jest już w stanie odpowiednio rozłożyć ciężaru dziecka i wtedy i tak trzeba zainwestować w kolejną chustę
- możliwe tylko jedno wiązanie- takich ograniczeń nie daje chusta tkana



Chusta tkana  to zdecydowanie najlepszy wybór:
- pozwala na niemal niezliczone wiązania. Moje ulubione to kangur, kieszonka, plecak prosty i plecak z koszulką (czyli double hammock).
- nadaje się na cały rok.
- można nosić w niej maluszka (w niektórych wiązaniach nawet wcześniaka!) od samego początku aż do kilkunastu kilo (starsza 2,5 latka czasem wskoczy do "plecaka" :) )
-  dużo łatwiej ją dociągnąć i moim zdaniem jest dużo wygodniejsza od "elastyka"
- Dobrze zamotana nie musi być korygowana co chwilę



Co jest ważne przy wyborze chusty tkanej. Splot się liczy! 
Nie trudno skusić się na tanią chustę bawełnianą jednak szybko okazuje się, że jest to tzw. "pościelówka" czyli taki splot bawełny jak przy prześcieradle czy ściereczce. Możecie się domyślić, że taka chusta nie poniesie ciężaru, będzie trudna we współpracy, nie dopasuje się dobrze do dziecka a nam będzie wrzynać się w ramiona.
Wybierz splot skośno-krzyżowy. Takie chusty są bardziej mięsiste, materiał jest w stanie dociągnąć się w każdym kierunku i odpowiednio ułożyć przy wiązaniu.
Polecam też splot diamentowy i żakardowy jednak na początek najodpowiedniejszy będzie skośnokrzyżowy pasiak czyli chusta w paski.


Dostępne są różne rozmiary (długości) chust - jaką powinnam wybrać?

Długość chusty jaką powinniśmy zakupić zależy od wielu czynników:
- wzrost i postura noszącego i wielkość dziecka- osoba o filigranowej budowie spokojnie poradzi sobie z chustą 4,2m jednak dla osoby wyższej lub o pełniejszych kształtach będzie potrzebna 4,6m lub nieco dłuższa.
- do niektórych wiązań lepiej sprawdzają się chusty długie- np. plecak z koszulką. Do innych, takich jak np. plecak prosty najlepsze są te krótkie, nawet 3 m.
Co wiec wybrać?
Najlepiej kupić długą chustę - około 4,6 m i potrenować na nich różne wiązania. Chustę zawsze można skrócić lub zakupić drugą - krótszą do wiązania plecaka.

Jak nauczyć się wiązań? Wydają się być bardzo skomplikowane.

Też wydawało mi się, że zamotanie chusty to wyczyn nad wyczynami i że nie podołam temu wyzwaniu. Chusta to tylko narzędzie i jak każde narzędzie wymaga nauki jak z niego skorzystać w sposób prawidłowy. Jeśli nie masz pewności czy dobrze układasz dziecko w chuście skontaktuj się  i umów na konsultacje z doradcą noszenia w chuście z Twojej okolicy.
Prowadzę warsztaty i zajęcia indywidualne w Warszawie, Otwocku i najbliższej okolicy - wystarczy napisać maila na ola@doradcachustowy.pl

Co z tymi nosidłami?

Nosidła dzielimy na dwa typy - NOSIDŁA ERGONOMICZNE / MIĘKKIE i WISIADŁA.
Nosidła ergonomiczne
Te pierwsze to tzw nosidła ergonomiczne (np. Tula, Manduca, Ergobaby) lub nosidła MEI TAI w których możliwe jest prawidłowe ułożenie dziecka z przodu rodzica lub na jego plecach. Są prostsze od chusty bo nie wymagane jest motanie - wystarczy zapiąć klamry lub zawiązać 1-2 pasy.
Są absolutnie bezpieczne i wygodne ALE (!) mogą być używane tylko dla dzieci które siadają już samodzielnie! Nie zapominajcie o tym - to bardzo ważne dla ich zdrowia i prawidłowego rozwoju kręgosłupa i bioderek. I nie dajcie się zwieść żadnym wkładkom niemowlęcym lub przekonaniom producenta że można w nich nosić dziecko od narodzin lub 3 miesiąca życia.



Inne nosidła - Wisiadła
To coś czego na naszych ulicach jest zdecydowanie za dużo i coś, czego (błagam!) unikajcie jak ognia dla dobra Waszych dzieci. Wisiadła to nosidła w których fizjologiczne ułożenie dziecka jest wręcz niemożliwe- cały ciężar ciała dziecka spoczywa na kroczku a kręgosłup jest sztywny i źle asekurowany.
Niestety te modele pięknie się sprzedają i są wspaniale reklamowane - jako bezpieczne, fajne dla dziecka i rodzica. Niektóre potrafią kosztować nawet 500 zł - ale na Boga - nie wszystko to, co jest dostępne w sklepach lub jest drogie jest dobre.
Można je też czasem "upolować" w super przystępnej cenie w zwykłym sklepie. Ale zastanówcie się, warto? (Lepiej kupić używane nosidło ergonomiczne lub mei tai)
Poniżej zdjęcie (źródło Pinterest) które pokazuje dokładnie różnice między wisiadłem (z lewej) a dobrym nosidłem (z prawej). Myślę, że dodatkowy komentarz jest zbędny.




Niezależnie od tego, czy wybierzecie chustę czy nosidło ergonomiczne pamiętajcie- NIGDY nie nosimy dzieci przodem do świata!
To wcale nie jest dobre dla dziecka- jego kręgosłup jest wtedy sztywny i nie ma odpowiedniej asekuracji a ciężar ciała spada na krocze / lędźwie i dodatkowo wpływa na złe ułożenie bioder. Jeśli zależy Wam na tym, aby mieć dziecko blisko siebie ale jednocześnie umożliwić mu obserwację i możliwość oglądania tego, co jest wokół załóżcie nosidło na plecy lub zawiążcie chustę w plecak.




wtorek, 5 sierpnia 2014

Rodzicielstwo od kuchni

Wszystko zaczyna się w kuchni...

(za zdjęcie dziękujemy Nat - SnapStudio)

Żywienie

Z przerażeniem obserwuję, że to co jest zdrowe traktowane jest jako kaprys lub dziwactwo a rodziców dbających o dietę swoich dzieci oznacza się łatką eko-wariatów.

Słodycze i inne przekąski
Ludzie często z politowaniem patrzą na moje dzieci bo „źli rodzice” (czyli my) nie chcemy kupić im kinderków, lizaków lub słodzonego napoju lub odmawiamy przyjęcia słodyczy dla dzieci jako prezentu.

One mają jeszcze czas. Czy na prawdę musimy dawać im przetworzone słodkości, złe tłuszcze i syrop glukozowo-fruktozowy bo „przecież i tak tego nie unikną?”. Nie, dziękuję. Słodkie dam, owszem ale wybierzemy z dziećmi zdrową alternatywę- bakalie, domowe ciasto lub deser który zrobimy sami.

Wczoraj razem z dziewczynkami odwiedziłam przyjaciółkę. Na niskim stoliczku kawowym stały słodycze. Panna M nawet po nie nie sięgnęła, choć przecież by mogła. Wybrała jednak suszone figi które wypatrzyła zawinięte w foliową torebkę- podzieliła się z siostrą i zjadły wszystkie.
Zdrowych przekąsek jest cała masa, u nas dzieciaki (10mcy &2,5 roku) najchętniej jedzą: bakalie (rodzynki, morwę, żurawinę, morele...), jarmużowe chipsy, owoce, chrupki z cieciorki, wafle ryżowe z konfiturą...


„Przecież moje dziecko tego nawet nie tknie”

Dzieci znają to, co im pokazujemy. Wiadomo- żadne dziecko nie będzie jadło zdrowych przekąsek jeśli my będziemy przy nich jeść tylko frytki lub batoniki. To my jesteśmy dla nich wzorem. Obserwują i naśladują. To my możemy pokazać dziecku co jest atrakcyjne- a na pewno nie zachęcimy do tego pytając „Szpinak? I Ty to będziesz jeść??”. Taka reakcja wzbudzi w maluchu niepewność, często od razu odpowie ono odmową. Pozwólmy dziecku poznawać różne potrawy. 
Proponujmy to, co zdrowe- przecież zdrowe dania mogą być pyszne, pełne smaków, aromatyczne, kolorowe!

Dbamy o wychowanie dzieci- o to, by wiedziały jak się zachować w danych sytuacjach, jak traktować innych. Dlaczego więc nie zadbać o ich dietę? Nawyki które wyrobią sobie teraz mają szansę zostać z nimi długo. I kiedy już będą starsze i same będą decydować o swojej diecie spróbują pewnie różnych alternatyw ale będą wracać do tych dobrych, naturalnych smaków.

Nie przeraża Was to, że ogromna część 3-latków rozpoznaje loga popularnych sieci fast foodowych? Bo mnie tak.

Doświadczenie czyli wspólne zakupy & wspólne gotowanie

Pozwól dziecku wybrać produkty w sklepie. Zachęć do oglądania ich, opowiedz o tym co ma jaki smak. Zapytaj czy chciałoby spróbować czegoś nowego.
Niby z pozoru proste czynności ale dla dziecka to zabawa i nauka w jednym. Milion razy ciekawsza niż sala zabaw. Włączamy dzieci w nasze życie, spędzamy z nimi czas. Mamy w dziecku naszego pomocnika a to dla dziecka wyróżnienie i doświadczenie budujące wiarę w siebie i swoje możliwości. Pokazujemy poza tym, że obiad nie jest z torebki tylko że warzywo rośnie, potem trafia na targ, później do nas a to, co z nim zrobimy zależy od naszej wyobraźni.

Dziecko w kuchni poznaje smaki, zapachy. Fajnie jest opowiadać o każdym składniku, opisywać kolor, kształt. Można też liczyć plasterki, szklanki mąki, łyżeczki. Nie martwmy się o to, że dziecko się pobrudzi ( jest przecież woda i ręcznik ;) ). Pozwólmy ugniatać ciasto, malować formę do tarty, myć owoce. Niech uczestniczy we wszystkich krokach przygotowania dania- i nawet jak czasem zajmie to 5 razy dłużej niż bez tej dziecięcej pomocy to uwierzcie ale warto- dziecko szybko się uczy!
Dziecko nauczy się wielu słów, pozna sekwencje czynności, wzbogaci swoje umiejętności motoryczne. A co ważne dla rodziców niejadków- dziecko włączone we wspólne zakupy i gotowanie chętniej sięgnie po coś nowego.

„Nie mam na to czasu, Ty siedzisz w domu z dziećmi to się możesz bawić w takie rzeczy”

Owszem- obecnie mam komfort tego, że mogę dzieciom poświęcić całe dnie. Nie uważam jednak, że bycie matką czy ojcem aktywnym zawodowo przeszkadza w tym aby zakorzenić w dziecku zdrowe nawyki. Są popołudnia, są weekendy. Są przede wszystkim wspólne posiłki podczas których możemy przekazać dziecku wiele i wiele go nauczyć. I niezależnie od tego czy pracujemy zawodowo czy nie to jesteśmy takim samym wzorem dla naszych dzieci- nie zapominajmy o tym.
Dodatkowo- jeśli naszym dzieckiem opiekuje się niania lub babcia/dziadek możemy poprosić ich o to, aby włączali dziecko aktywnie w  gotowanie.

Kuchnia to serce domu

Często nie zdajemy sobie sprawy jak ważne jest to miejsce i na jak wiele sfer naszego życia i życia naszych dzieci ma ona wpływ. To nie tylko pomieszczenie z lodówką, kuchenką i blatem. Czy to nie w kuchni toczą się najciekawsze rozmowy podczas spotkań w przyjaciółmi?
Nie ograniczajmy wiec kontaktu dzieci z kuchnią do minimum. To na prawdę ważne.


sobota, 26 lipca 2014

Inny wymiar bliskości: Dlaczego warto nosić dziecko?


Noszę moje córki. Noszę w chuście, noszę na biodrze. Noszę, bo tego potrzebują i czuję, że ja też tego potrzebuje. Trzymanie dziecka blisko siebie to dla mnie inny wymiar bliskości. To jedna z tych rzeczy które kocham i za którymi z pewnością będę tęsknić za kilka lat gdy będą już "takie duże i samodzielne".

Chustonoszenie
Zanim zostałam mamą nie nastawiałam się na noszenie w chuście. Wprawdzie spotykałam rodziców tak noszących maluchy i ten widok zawsze mnie rozczulał, jednak nie byłam pewna czy to jest coś dla mnie. Miałam wiele wątpliwości, nie wiedziałam czy to na prawdę jest tak praktyczne jak mówią. Nie wierzyłam aż spróbowałam i przekonałam się, że warto.
To była miłość od pierwszego noszenia.
Teraz córeczki są już dwie a chusta sprawdza się każdego dnia coraz bardziej. Przetestowaliśmy nawet ostatnio urlop bez wózka i śmiało mogę powiedzieć, że daliśmy sobie świetnie radę.


Dlaczego warto nosić dziecko?
  • Bliskość jaką dajemy dzieciom nosząc je jest nieoceniona. Maluch kołysze się w naszym rytmie, momentalnie się uspakaja słysząc przy tym także bicie naszego serca. Czuje naszą obecność, przywiązuje się do nas jeszcze mocniej. Czuje się bezpiecznie.
  • Podobno jest to recepta na kolki (nie wiem, dziewczynki kolek nie miały - u nas chustowanie pomogło przetrwać okres bolesnego ząbkowania).
  • Przy prawidłowym wiązaniu nóżki dziecka są zgięte i odwiedzione pod odpowiednim kątem a a plecy lekko zaokrąglone. Jest to pozycja fizjologiczna, zdrowa dla maluszka. Dodatkowo może korzystnie wpłynąć na prawidłowy rozwój stawów biodrowych u najmłodszych. 
  • Możemy dotrzeć w wiele miejsc w które nie dotarłby wózek! Nierówne pola, kręte wąskie dróżki, szlaki nie są już żadną przeszkodą.
  • Możemy robić wiele rzeczy (w domu i poza nim) których nie dalibyśmy rady zrobić z dzieckiem na biodrze. Dzięki chuście ręce mamy wolne i beż żadnego problemu możemy normalnie funkcjonować
  • Dajemy dziecku możliwość patrzenia na Świat z naszej perspektywy, obserwowania i bardziej aktywnego uczestniczenia w naszym życiu.


To nie takie trudne!
Przyznam,że bardzo obawiałam się pierwszego motania. Chusta niezwykle długa a maleństwo takie malutkie. Bałam się, co mam zrobić i jak zrobić to prawidłowo. Chusta to tylko narzędzie i trzeba nauczyć się prawidłowo z tego narzędzia korzystać.Wystarczy zamotać parę razy żeby dojść do wprawy i lada dzień robić to dosłownie z zamkniętymi oczami.
Chcesz zacząć przygodę z chustonoszeniem? Przeczytaj ten wpis a w nim rady jak zacząć i jaką chustę wybrać.


Ciężko Ci?
Ludzie często zaczepiają mnie na ulicy pytając czy oby nie jest mi zbyt ciężko. Otóż ciężko to mi było nosić dziecko na rękach bez chusty, układać odpowiednio plecy, ręce, odchylać się do tyłu i próbować jednocześnie zrobić cokolwiek innego.
Gdy chustę zawiążemy dobrze ciężar ciała dziecka rozłożony jest równomiernie i tak na prawdę prawie nie czujemy że ktoś tam w tej chuście siedzi. Nie wierzysz? Spróbuj. Zobaczysz, że dzięki chuście będzie Ci o wiele wiele lżej!


"Się dziecko przyzwyczai i będzie wymuszać!"

Główny argument na "nie" z jakim się spotykam to to, że dziecko będzie rozpieszczone noszeniem, przyzwyczai się i będzie wymuszać noszenie przy każdej możliwej okazji. Dziecko rodzi się przyzwyczajone do bliskości i do noszenia. Przez okres ciąży kołysze się w rytm naszych kroków i słyszy bicie naszego serce. Pierwsze co czuje po urodzeniu się to nasz zapach -  ten który kojarzy mu się później z bliskością, ciepłem, bezpieczeństwem.
Po pierwsze: dziecko niczego nie wymusza. Za sygnałem który nam wysyła, czy jest to płacz, krzyk, czy wyciągnięte w górę ręce, marudzenie- stoi jakaś potrzeba. Dziecko po prostu nie potrafi okazać jej inaczej. Przecież maluch nie podejdzie do nas i nie powie "mamo, tato, potrzebuje się do Ciebie przytulić, czy weźmiesz mnie na ręce?".Nie wyobrażam sobie odmówić dziecku bliskości. Odmówić tego gdy ono tego daje mi taki jasny komunikat. Oczywiście, są sytuacje gdy jestem zmęczona lub nie mam zwyczajnie siły nosić, nawet w chuście- wtedy jednak tłumaczę, kucam przy dziecku i przytulam albo biorę je na kolana. Obie to rozumieją.
Dodam jeszcze, że dziecko wcale nie rozleniwia się dlatego, że jest noszone. Czuje bliskość, buduje pewność siebie i później jest chętne aby odkrywać świat samodzielnie i po swojemu a do nas wracać aby się przytulić, odpocząć, podzielić radościami czy odstresować. Czy nie o to chodzi?


W bliskości siła!
Uwielbiam nasze chustowe spacery. Każdą z tych chwil mam ochotę oprawić w ramkę i powiesić w widocznym miejscu. Wiem, że niedługo dziewczyny z tego wyrosną- panna M do chusty wskakuje w zasadzie tylko dla zabawy bo preferuje bieganie, tańce i jazdę biegówką. Jeszcze chwila i młodsza będzie stopniowo zmniejszała ten czas chustowy na korzyść pierwszych kroków, spacerów czy też wyścigów z siostrą.
Póki mam więc możliwość aby czuć tę bliskość czerpie z niej garściami.



O chustach i o noszeniu zamierzam częściej pisać dlatego jeśli macie jakiekolwiek pytania-piszcie śmiało! :)

poniedziałek, 21 lipca 2014

Zabawy z wyobraźnią

To, że dzieci i ich postępy zaskakują wiem doskonale, doświadczamy tego na co dzień. Jednego dnia trzy kroki, drugiego 18 kroków a trzeciego dnia starsza chodziła tak, jak by robiła to od zawsze. Spodziewałam się, że prędzej czy później zaczną się pierwsze słowa a potem zdania. Ani się obejrzałam a ze zdań zrobiły się dyskusje, opowiadania a nawet pierwsze żarty. Z "pika ama" zrobiło się "pycha mamo, jeście raz prosie, mogem?"..
Zabawa też się zmieniła. Z przeglądania książeczek, układania puzzli, klocków, z tańca... z naszych codziennych wygłupów i opowiadań o wszystkim i o niczym wyewoluowało coś, czego się spodziewałam ale zupełnie nie teraz- zabawy z wyobraźnią.
Nie to, że wątpię w kompetencje dzieci moich;) o nie! Ale po prostu nie sądziłam, że to nastąpi tak szybko!
Młoda dama nie ma nawet 2,5 roku a już wymyśla scenariusze zabaw, tworzy coś z niczego, wciela się w różne postacie:

Dziś bawiliśmy się w sklep. Tatuś dał młodej niewidzialne pieniądze po czym czlowiek 2 letni uciekł do pokoju obok rozmawiac z niewidoczną ekspendientką. Zakupiła mamie suknie.
-Prosie bardzo! Chcialaś kienke (sukienke)?
-Oj tak, przydałaby mi się
-Ta już nie dobra- powiedziała pokazując na tą, którą dziś miałam na sobie- masz nowom
-Dziękuję!
-Buty chcesz?
-Pewnie, byle wysokie szpilki!
-Okej!
Po czym znów do "sklepu" uciekła i wróciła z parą niewidzialnych szpilek. Cięzko opisać z jaką pieczołowitością zakładała mi te niewidzialne buty na bose stopy. Założyła je po czym odsuneła sie i patrzy na nie pytając:
-Dobre? Pasujom?

***
Ostatnio bawiliśmy się klockami duplo, zbudowała drzwi.
- Puk puk! Otwórz mama!
- Kto tam?
- Królik mały, duży nie... duży nie mieści się, tylko mały!
- A myślałam, że to miś przyjdzie, gdzie jest miś?
- Jest u mnie w brzuszku!

***
-Kochanie, dlaczego masz skarpetki na rączkach?
-Będe łapała muchy!

***
Ustawiła niewidzialną granicę po czym kazała mi stanąć i złapała za rękę
-Uważaj, to jest ulica! Teraz czerwone światło jest, ludzik czerwony, czekaj.
-Mogę już iść kochanie?
-Teraz tak, już zielone

***
Wsypuje na niby piasek do pudełka
-babko babko udaj się, bo jak nie to Cie zjem!
Po czym delikatnie podnosi pudełko ze swojej niby-babki i mówi
-patrz! jakie duże... ogromne! jakie piękne, widziś?

***
Siedzi na ławie jak kura na grzędzie
-ko ko ko ko ko!
-Co robisz?
-Robiem jajo!
Schodzi młoda dama po czym chwyta w palce niewidzialne jajko i podaje mi je niezwykle delikatnie, idąc do mnie na paluszkach
-pacz! jakie duzie! chowamy?
...i prowadzi mnie do lodówki

Do tego córeczka młodsza już wie, jak układać klocki. Wprawdzie nie ma siły wcisnąć jeden w drugiego ale już układa wieże i pomaga mi budować kolorowe plastikowe mury.

Mam ochotę każdą tą chwilę utrwalić, każdą zabawę przeżywam i zachwycam się tym, jak to ten mały człowiek potrafi już wymyślać, kombinować. I jestem niezwykle szczęśliwa wiedząc, że to co dajemy dzieciom czyli czas i uwagę tak bardzo procentuje.

środa, 9 lipca 2014

Zwierzaki, ciąża... i co teraz?

Natknęłam się ostatnio na pytanie: "Jestem w ciąży, a mamy w domu kota... i co teraz z nim zrobić?".
Dziewczyna zakochana w pupilu jednak zbombardowana milionami rad, że kota to powinna komuś oddać, albo do schroniska- bo toż to brud, niebezpieczeństwo, bakterie! I wiele wiele innych.


Powiem Wam, że aż przypomniała mi się moja pierwsza ciąża i pytania których wysłuchiwałam setki. Słyszeliście kiedyś o tym, że kot to na pewno udusi dziecko? Albo że jak tylko słodko uśnie, to ten wstrętny, i na pewno zły kocur rzuci się na szyję malucha i polując na grdyke zabije je? Bo ja słyszałam. Nasłuchałam się dużo. I tak, też słyszałam delikatne sugestie tego, że kota powinnam się pozbyć bo będzie niebezpiecznie, a i alergii dziecko dostanie! I będzie w brudzie żyło. Tak, to też słyszałam.
Czy oby nie boje się o toksoplazmoze? Przecież to takie niebezpieczne dla dziecka!
(A mało kto wie, że po pierwsze na to może się być już uodpornionym, zresztą aby się zarazić czymś takim to trzeba by kocie odchody ręką wyjmować i rąk tych nie myć. Dużo łatwiej złapać toxo w inny sposób, najłatwiej chyba zjadając mięsnego tatara ;) )

Wiecie co? Brak mi słów na tego typu komentarze. Na to, że ludzie w ogóle mogę rozważać pozbycie się własnego zwierzaka. Przecież zwierze to część rodziny! Chciałoby się powiedzieć "kot też człowiek!", pies zresztą też.
Mamy dwa koty i owczarka. Co więcej, jeden z kotów był adoptowany tuż po tym jak zaszłam w drugą ciążę. Mieszkamy razem, wszyscy. I nie wyobrażam sobie oddać zwierzaka na wieść o ciąży. Dla mnie to tak jak oddać starsze dziecko gdy zajdziemy w ciążę z kolejnym. Podobna filozofia.

Dzieci od malucha uczą się empatii, uczą się tego, jak obchodzić się ze zwierzętami, jak je szanować i dbać o nie. Żyją trochę razem a trochę obok siebie nie narzucając się sobie wzajemnie. Córka starsza codziennie rano po zjedzeniu śniadania podchodzi do szafki po saszetki dla kotów po czym sama im je nakłada. Dolewa też psu wodę i pyta, czy ta chce jeszcze pić. Opiekuje się, dba, głaszcze.

Czy miałabym zabierać córkom możliwość posiadania tak wspaniałych, futrzanych przyjaciół?



Oczywiście trzeba przygotować zwierzaki do pojawienia się w domu nowego członka rodziny. Pozwolić niemowlę obwąchać, a nawet (o zgrozo!) polizać ;) Dobrym ruchem jest przywiezienie jeszcze ze szpitala, ubranka lub tetrówki pachnącej dzieckiem do domu aby zwierzaki poznały już zapach przyszłego domownika.
Gdy maluch będzie już w domu i zwierzaki go poznają NIGDY nie reagować nerwowo na probe podejścia zwierzaka do dziecka. To nie pomoże, a wręcz przeciwnie - może zaszkodzić. Niech obwącha, niech położy się obok. Niech nie czuje, że jego miejsce jest zagrożone przez tą małą i bezbronną jeszcze istotkę. 

Nie bójcie się tej relacji, to od Was też zależy czy będzie to strach czy przyjaźń na długie lata.



niedziela, 29 czerwca 2014

Przecież to tylko parę metrów...

"Przecież to tylko parę metrów, no nie przesadzaj! Podwiozę Was". Nie, dziękuję. Nie ma fotelika dla dzieci- nie pojedziemy. Tak, nazwij mnie przewrażliwioną, bo ważne jest dla mnie bezpieczeństwo. Mów co chcesz, ja przynajmniej jestem spokojniejsza i mam czyste sumienie.


Szlabany się zamknęły. Panna M stoi jak wryta i z przejęciem ogląda przejeżdżające pociągi. Młodsza śpi. Ja rozglądam się wokół i trzymając starszą za rękę patrzę na stojące przed przejazdem auta. Co widzę? W trzech z nich są dzieci, małe dzieci w wieku 2 -5 lat. I w każdym z tych aut dziecko siedzi bez fotelika.
Zastanawiam się dlaczego. Czy na prawdę bezpieczeństwo nie jest ważne? Czy to jeden z tych szybkich wyjazdów, parę metrów, do sklepu? Przecież wypadki mają to do siebie, że mogą nas spotkać w każdej chwili, nawet te parę minut od domu. Czy warto ryzykować, oszczędzać czas na wkładaniu dziecka do fotelika, przypinaniu pasami?

"Bo on / ona tych pasów nie lubi, buntuje się i płacze".
To ja już wolę chwilę buntu ale moje ukochane dziecko mieć w jednym kawałku. Starszemu dziecku możemy wytłumaczyć, dlaczego to ważne.. nawet 2 latek zrozumie. U nas zasada jest prosta- póki dziecko jest poza fotelikiem a pasy nie są zapięte to nie ruszamy.
Każdy kierowca po części myśli też za innych, stara się przewidzieć zachowania, zachować ostrożność. Ale myślmy też za siebie bo ta chwila oszczędzona na zapinaniu pasów może mieć niezwykle przykre konsekwencje.

"Kiedyś to tych fotelików nie było i żyjecie, ale teraz wymyślacie głupoty..."
Jeśli głupotą jest większa świadomość i podnoszenie bezpieczeństwa ok- jestem głupia. Przy zakupie fotelika przede wszystkim zwracam uwagę na wyniki testów. Owszem, ja w foteliku nigdy nie jeździłam. Pasy trzeba było zapinać tylko, jak auto było w nie wyposażone na tylnej kanapie. I tak, żyję. Jeździłam z rodzicami na wakacje siedząc na stercie pościeli z głową dotykającą do sufitu. Wtedy to była norma, ba, była to niezła przygoda. I ciesze się, że nic poważniejszego na drodze nas nie spotkało, bo scenariusz byłby jeden. Jednak od tamtych czasów wiele się zmieniło. Jeździmy szybciej, dalej. Jest coraz więcej aut, coraz większy ruch, co za tym idzie-więcej wypadków. Dlatego nie rozumiem i nawet nie chce zrozumieć dlaczego jakikolwiek rodzic, ktokolwiek, chce przewieźć malucha "luzem", skaczącego po tylnej kanapie. Dziecko w przypadku nawet mocniejszego hamowania staje się po prostu żywym pociskiem. Czy tego chcemy dla naszych dzieci?


piątek, 27 czerwca 2014

Porównywanie nic nie wnosi

Ciężko jest tego nie robić, ciężko nie oceniać, nie porównywać. Porównujemy jedzenie firmy A do jedzenia firmy B, ubranie sąsiadki do ubrania koleżanki, naszą pracę i płacę do tego co maja znajomi. Przejmujemy się tym porównywaniem albo i nie, ale mamy punkt do którego się odnosimy i dzięki któremu odróżniamy jedno od drugiego.
Porównujemy też dzieci. Swoje i nie swoje. Wszystkie.

Wpadłam kiedyś w tę pułapkę. Całe szczęście na tyle lekko, że udało mi się z niej wybrnąć i sama siebie pilnuje obym nie wpadła do niej kolejny raz. Chcąc czy nie przy drugim dziecku mamy punkt odniesienia w postaci dziecka starszego. Nie chodzi o ocenianie "Ty jesteś lepsza lub gorsza w tym czy tamtym" tylko ot tak,  czysto informacyjnie "Ty siedziałaś jak miałaś 5 miesięcy a Ty jak miałaś 7..".
Do tego dochodzą znajomi, rodzina: "Krysia to na nocnik robi a Twoja córka jeszcze nie??", " Mój to.. i tamto... a Twoja jeszcze nie?!" itd itd...
Czy to dużo zmienia? Czy to na prawdę takie ważne?
Każdy w swoim tempie, każdy po swojemu. Najważniejsze, że zdrowe i że szczęśliwe.

Z pozoru niewinne porównywanie, niby właśnie "ot tak", niby nie istotne, może wrócić ze zdwojoną siłą później. Łatwo wpaść w wir porównywania, łatwo zapomnieć o tym, ze w ogóle to robimy. Zaczniemy porównywać coraz to więcej spraw i coraz poważniejsze kwestie. A dziecko? Dziecko przestanie wierzyć w siebie, gdy zamiast pozytywnych emocji i cieszenia się z sukcesu i umiejętności NASZEGO DZIECKA będziemy skupiać się na innych. Poza tym, dziecko przestanie się z nami dzielić tym, co poznało, co osiągnęło. O nie, tego bym nie chciała.

Dziś zakończenie roku. Miło by było wiedzieć i słyszeć o rodzicach dumnych ze swoich pociech, z ich osiągnięć. Przytulających, wyrozumiałych, wspierających. Ładujących pozytywną energią na całe wakacje. Kochających niezależnie od średniej, ilości nagród i dyplomów.
Niestety. Mając w dość bezpośrednim sąsiedztwie szkołę podstawową brutalnie dowiedziałam się, ze takich rodziców nie jest wielu. Są, ale stanowią bolesną mniejszość. Wystarczył krótki spacer z psem i minięcie grupy ludzi wracających z zakończenia żeby usłyszeć: "No co mi z Twoich 5 i 4, skoro nie masz czerwonego paska? Widziałaś, ile dzieci w klasie ma pasek? Dlaczego Ty nie masz?" oraz innych komentarzy rodziców w podobnym tonie.
Czy na prawdę tak wielką różnica jest miedzy 4 a 4+ ? Czy tak ciężko dopuścić do siebie myśl, że nie każdy jest we wszystkim najlepszy? I na koniec najważniejsze- czy tak łatwo zapomnieć o tym, że my też mieliśmy lepsze i gorsze stopnie?

Dziecko ma pokonywać SWOJE granice, a nie skakać przez poprzeczkę ustawioną przez innych. Niech pokonuje swoje słabości i bije swoje rekordy. Niech cieszy się ze SWOICH sukcesów.
A my? Kochajmy i wspierajmy, a nie krytykujmy.





czwartek, 26 czerwca 2014

"Tato, Tato... Tatusiuś!" czyli dzień Taty 2 dni później.

-Gdzie Tatuś, w pracy, tak? Leci tolotem (samolotem) do nas mamo!
-Tak, kochanie. Tatuś jest w pracy ale niedługo do nas wróci. Tesknisz?
-Taaaak! Gdzie jest Tatusiuś?
-W pracy, niedługo wróci.
-W pracy, tak. Czekamy na Tate!

To taki codzienny dialog z córką starszą. Zaczyna się rano i powtarza nawet kilka razy w ciągu dnia. Młoda tęskni, coraz jaśniej jest w stanie to wyrazić. Kocha tego Tatę najbardziej na Świecie.

Z racji dłuższego wylotu dzień ojca obchodziliśmy wczoraj. Mania cały dzień wyklejała karteczki, odrysowywała swoją rękę i kolorowała narysowane przeze mnie serduszka powtarzając: "Damy Tatusiowi jak wróci, tak? Zaraz wróci Tataaa!!!". Nie mogła się doczekać i nosiła po domu wygnieciony nieco kolorowy kawałek papieru. Cenniejszy niż jakikolwiek drogi prezent.
W końcu zajęła się budowaniem największej wieży z klocków jaką widziało nasze miasto. Weszła nawet na krzesło i prosiła o kolejne klocki aby wieża była coraz wyższa.
Nagle dźwięk kluczy. Młodsza zaczęła machać rękoma i nogami tak, jakby chciała pofrunąć, zaczęła też krzyczeć "tatatata tatata tatatatatata". Na buzi pojawił się jeszcze większy uśmiech. Wiedziała, że to On. Starsza zaaferowana swoim architektonicznym projektem klucza nie usłyszała, ale ciężko opisać jej radość gdy zobaczyła Tatę w pokoju. Rzuciła się na niego.
-Kto to? To Tatuśśśś!
po czym pobiegła po laurkę.
-Co tam mam? Co mam? :) Prosie! To sama kleiłam!
Po czym rzuciła się na szyję najmocniej jak tylko potrafiła.

Wszystkiego najlepszego na dzień Taty kochanie.
Nie zależnie czy jest 23 czerwca czy każdy inny dzień roku. One każdego dnia kochają Cię tak samo.
Choć nie, nie tak samo.
Każdego dnia kochają Cię coraz mocniej.





poniedziałek, 16 czerwca 2014

O "niezdrowych" relacjach z dzieckiem

"Budujesz niezdrowe relacje z córką"- takie słowa usłyszałam pewnego pięknego dnia od prawie nie znajomej mi kobiety. Dlaczego? Mania miała wtedy nie całe 10 miesięcy. Większość czasu spędzała na moich rękach, biodrze, w chuście lub przyssana do piersi. Karmiona na żądanie, jak było trzeba to przystawiana kilka a nawet kilkanaście razy na godzinę na chwilę. Nie widziałam wtedy i z perspektywy czasu nie widzę w tym nic złego. Dziecko potrzebuje bliskości. Skąd więc ten komentarz?

"Bo przecież się przyzwyczai!"
Pewnie, przyzwyczai się, toż to straszne! Przecież właśnie o to chodzi, żeby się przyzwyczaiła. Mam dziecko i je kocham, chce dać to co najlepsze- miłość i poczucie bezpieczeństwa. Ale według niektórych chyba od dnia narodzin powinniśmy izolować dzieci od siebie i przyzwyczajać do tego, że kiedyś się wyprowadzą i będą musiały dawać radę same. Czy na prawdę aż tak obciążające dla rodzica jest to, aby być blisko dziecka? A jeżeli ktoś chce mieć dziecko tylko po to, by grzecznie i potulnie siedziało w pokoju, bawiło się samo i absolutnie nie chciało niczego od rodzica to po jaką cholerę ja się pytam decyduje się na nie?

"Do mamusinej spódnicy przylepiona będzie, będzie się BAŁA sama zrobić cokolwiek, no zobacz jak za Tobą płacze jak z oczu znikniesz!"
Chciałabym, aby nasze córki były PRZYZWYCZAJONE do tego, że są blisko nas. Chcę, aby wiedziały o tym, że w każdej chwili mogą na nas liczyć. Wierzę głęboko w to, że bliska więź nie tworzy z dziecka w dorosłym życiu osoby niesamodzielnej, wręcz przeciwnie. Więź taka daje siłę i buduje w człowieku pewność siebie która popycha do działania, która daje wiarę we własne możliwości. Daje poczucie, że można działać samodzielnie bo głęboko w sercu ma się świadomość o wsparciu najbliższych osób.
Można mnie często spotkać w dość zabawnej sytuacji: jedno dziecko w chuście, drugie na biodrze. Czy mi to przeszkadza? Nie. Czy sprawia to, że moje córki są niesamodzielne? Nie razy tysiąc.
Młodsza póki co jest niezwykle od nas zależna, jednak ma dopiero 8,5 miesiąca. 2 latka zaś najchętniej wszystko zrobiłaby sama. Nie boi się. Lubi, gdy jej się towarzyszy jednak SAMA jest w stanie przebrać się, umyć, nakarmić siebie (i młodszą siostrę!), nakarmić zwierzęta, posprzątać w pokoju. Dlaczego? Bo mimo tego, że spędzamy razem każdą chwilę nie robiliśmy i nie robimy za nasze córki niczego, co uważamy że byłyby w stanie zrobić samodzielnie. Zdajemy sobie sprawę z ich możliwości i dajemy im szansę się nimi wykazać. Efekt? Dziecko samodzielne i dumne z siebie!
A płacz za rodzicem?
To chyba dobrze, że takie maluszki reagują na to, że mama lub tata jest obok. Ostatnie czego bym chciała to obojętność mojego dziecka wobec mojej nieobecności. Dziecko w swoim czasie wykazuje gotowość do tego, by spędzić czas bez rodzica i wczesne pozbywanie się dziecka na dłuższy czas  "co by się przyzwyczaiło" wcale tego nie ułatwia a powoduje w maluchu stres.



"Ile tą piersią karmisz?" "Jeszcze karmisz????" "Ale ona już TAKA DUŻA! Przecież wystarczy 6 miesięcy!"
Pewnie, nie karmisz piersią to źle, karmisz- też nie dobrze. Jak ktoś chce to zawsze znajdzie jakieś "ale", ot tak, dla zasady. Ważne, żeby to dziecko karmić i karmić je DOBRZE. A już nikomu nic do tego jak karmie. Ja nie dzwonie po ludziach i nie pytam "A na obiad to co dziś zjadłeś?, A dlaczego to a nie tamto??!!".
I nie wyobrażam sobie przystawiania dziecka do piersi z zegarkiem w ręku co 3 lub 4 godziny. Jak jesteście głodni to sięgacie po przekąskę lub danie czy patrzycie na zegarek i myślicie-ej, muszę się wstrzymać jeszcze 2,5h bo będzie za krótki odstęp czasu. Mam słuchać płaczu głodnego dziecka bo kolejny posiłek wg kogoś-tam jest za kilka godzin? Nie wspominając już o tym, że karmienie piersią to nie jest zaspokajanie tylko potrzeby głodu. Dziecko zjada, pije ale też zaspokaja potrzebę bliskości, wycisza się. Karmienie powyżej 6 miesiąca jest złe? Tak, jeśli ktoś naoglądał się reklam i naczytał pism sponsorowanych przez producentów mlecznych mieszanek którzy wmawiają matkom że po 6 miesiącu pokarm matki jest wodnisty, nie wystarczający i nie zapewniający dziecku zdrowej diety. Gdybym mogła i gdyby dzieci chciały to karmiłabym piersią dużo dłużej. Znam osoby karmiące po kilka lat i jeżeli odpowiada to i matce i dziecku jest to wg mnie sytuacja idealna. To matka i dziecko decydują jak długo trwa takie karmienie a nie otoczenie a tym bardziej nieznajome osoby.

"No i narzekasz, że zmęczona jesteś! Na własne życzenie! Zamiast dzieci dać na parę dni komuś to je tak na siłę przy sobie trzymasz"
Mam prawo być zmęczona i marudzić, tak po prostu. Jak nie miałam dzieci też miałam gorsze dni- takie, że najchętniej nie wychodziłabym spod kołdry. Czy więc teraz z racji świadomej decyzji o 2 dzieci mam zakaz narzekania? Dlaczego?
Doba jakoś nie ma tendencji do wydłużania się przez ostatnie lata a obowiązków przybyło. Po prostu każdy czasem się męczy, tyle w temacie. Nie oznacza to jednak, że muszę dzieci na kilka dni gdzieś wysyłać bo inaczej nie odetchnę. Wystarczy raz na jakiś czas wieczorne wyjście, czyjaś wizyta lub chwila pomocy, żeby się zregenerować. Nie mam ochoty spędzać kilku dni bez córek, nie wypocznę wtedy i nie-nie będę dobrze się bawić. Po prostu nie czuje się jeszcze gotowa na dłuższą rozłąkę i najzwyczajniej w Świecie nie mam na nią ochoty.

"A nie lepiej sobie do pracy wrócić? Dzieci do żłobka niech idą, one samodzielności się nauczą a Ty się wyrwiesz w końcu z domu i odetchniesz od tego siedzenia..."
Szczerze? Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie tego. Do pracy wrócę, wiadomo. Ale nie teraz. Gdyby było trzeba pewnie bym się zdecydowała na taką opcję choć serce by mi pękło. Jeśli jednak mam wybór to pierwsze 3 lata CHCĘ być z dziećmi jak najwięcej będę mogła.To te najważniejsze, piękne lata. Czas w którym dziecko rozwija się najszybciej, najintensywniej. To ten czas, kiedy bliskość jest niezwykle ważna. Dzieci pójdą do przedszkola a później do szkoły i ta nasza pępowina zostanie w końcu odcięta. Zawsze będę ich mamą ale nie będę osobą  z którą spędzają najwięcej czasu- pojawią się koleżanki i koledzy, nauczyciele i inne osoby które będą miały wpływ na ich rozwój i światopogląd.

Te 3 lata mogą wydawać się niezwykle długim czasem jednak patrząc na całe nasze i ich życie jest to tylko mały kawałeczek, który bez wahania im oddam.


sobota, 14 czerwca 2014

Kochanie, nie bój się. Nikt Cie nie zabierze.

Nie jestem ekspertem od wychowania dzieci i zapewne nigdy nie będę. Każdego dnia popełniam błędy i każdego dnia uczę się nowych rzeczy. Niemniej jednak te dwa lata pozwoliły mi wyrobić sobie zdanie na temat jak wyobrażam sobie rodzicielstwo.
Lubie słuchać zdania innych i cenie je sobie o ile nikt nie narzuca mi swoich racji za wszelką cenę. A niestety, istnieje taka jedna dziwna prawidłowość. Od momentu narodzin dziecka, a nawet już od chwili, gdy powiadomimy ludzi o ciąży, zjawia się tłum ludzi wraz ze swoimi złotymi myślami, poradami oraz z krytyką tego, czego jeszcze nie zdążyło się zrobić.
Nagle okazuje się, ze większość rzeczy robimy nie tak, źle, że powinniśmy inaczej wychowywać. Będę o tym pisać nie raz, bo to temat rzeka, studnia bez dnia i takie sytuacje to dosłownie kopalnia pomysłów na nowe wpisy.

Dziś o jednej z tych rzeczy, której nie akceptuje i nigdy nie zaakceptuje.
"No chodź Cię zabiorę, taka jesteś niegrzeczna to ja Cię wezmę..."
Te i podobne teksty słyszę ja, a raczej słyszy moja córka niemal codziennie podczas spaceru. Ot taka sytuacja: Idziemy, a tu nagle załamanie humoru i lekki bunt. Musimy się zatrzymać, porozmawiać. Próbuje wszystkich argumentów. Czasem taka rozmowa to nawet 20 minut. 20 minut stania w połowie drogi do sklepu, bo może jednak chce do domu, albo jednak znów 279027201 raz zmieniła zdanie. Staram się być cierpliwa, wiem, że choćbym stała te 20 minut to będzie dobrze, bo wyjaśnimy sobie pewne kwestie i pójdziemy dalej. Dziecko rozumie wiele, nawet taki niepozorny 2 latek. Rozmawiamy, widać lekką poprawę, młoda cały czas lekko szlocha ale jakby mniej a tu nagle podchodzi taka ciocia dobra rada i niemal łapie za rękę moje dziecko. "No taka niegrzeczna jesteś! No nieładnie! No chodź ze mną to mamie łatwiej będzie!"
Jezu Chryste.
Gotuje się we mnie, dosłownie.
Zawsze mówię od razu do córki "Nikt Cię nie zabierze, nie bój się" a osobę która wystrzela z tym tekstem upominam, żeby nie wcinała się skoro nie zna sytuacji i po prostu nas mija. Jak można tak się wcinać, po co? Że to niby dla żartu czy żeby pomóc? Co to za pomoc gdy potem przez resztę spaceru moja córka co chwile szlochając pyta "Ale nie zabierze Pani? Nie zabierze?"
I dlaczego ktoś nieznajomy jak widzi, że dziecko płacze od razu mówi "jesteś niegrzeczna"? Czy jak dziecko płacze, to jest od razu niegrzeczne?? Czy może jest po prostu dzieckiem które najzwyczajniej w świecie ma prawo płakać bo czasem brak mu słów na to, żeby określić to, co czuje i potrzebuje jakoś wyrazić siebie. Potrzebuje się wyciszyć, potrzebuje porozmawiać, przytulić się. Potrzebuje chwili czasu. A już na pewno nie obcej osoby która dla zabawy chce odciążyć rodzica udając,ze zaraz zabierze rozpłakanego i wystraszonego malca ze sobą.
Droga Pani, Szanowny Panie. Proszę zająć się sobą a nam pozwolić spokojnie porozmawiać.

A Ty, Kochanie, nie bój się. Nikt Cie nie zabierze.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Matka ma wychodne, i co teraz?!

Każdy dzień przepełniony jest zajęciami w każdej sekundzie. Czasem nawet mam wrażenie, że udaje mi się naginać czas robiąc kilka rzeczy na raz. Panna J na jednym biodrze, panna M siedząca obok. Uświadamiam sobie chwilami, że DA SIĘ jednocześnie gotować, sprzątać, karmić młodsze i drugą ręką lepić bałwanki i kotki z ciastoliny. Uświadamiam sobie też, że to wcale nie jest dużo bo bywają chwile, że na prawdę dzieje się dwa razy więcej. Mimo tego kocham te dni, te godziny i sekundy. Kocham, mimo, że jest ciężko chwilami i że zdarza mi się czasem ponarzekać.
Czas rodzinny i ten czas z tymi małymi urwisami to coś co bardzo sobie cenie. Nie wyobrażam sobie wyjechać na weekend lub na wakacje zostawiając dzieciaki z kimkolwiek, jeszcze nie czas, jeszcze za wcześnie. Za wcześnie dla nich i za wcześnie dla nas. Jednak czasem takie wyjście na kilka godzin jest całkiem fajnym oderwaniem od codzienności. Te kilka godzin ładuje pozytywną energią, pozwala skupić się bardziej na sobie. Tyle z teorii.

No więc mam "wychodne", i co teraz?
Kochany mąż zostaje z młodymi, ja szykuje się do wyjścia. Szybki buziak na do widzenia, słyszę "bawcie się dobrze", zamykam za sobą drzwi. Idę. Jadę. Docieram na miejsce.
Wszystko ładnie, pięknie. Cudowne słońce, o dziwo brak komarów, pod stopami piasek. Nawet palmy są. Fakt, sztuczne... ale są. I nawet dobrze wyglądają. Są też ludzie. Może nie "też" ale "przede wszystkim". Są osoby pełne energii, roześmiane. Osoby z którymi lubię spędzać czas, osoby dla mnie ważne. Jednak ja czuje się dziwnie.  Na co dzień nie ma wolnej sekundy a tu nagle sytuacja pozwalająca na totalny relaks a mnie dopada paraliż bo nie wiem, co ze sobą zrobić. Siedzę więc i patrzę w przestrzeń, przed siebie. Te pierwsze 30 minut to taka faza przejścia. Staram się tą fazę zwalczyć choć póki co bezskutecznie. Nawet ruszyć bym się chciała ale czuje się jak z betonu. Odzwyczaiłam się od tego, że jest coś takiego jak chwila w której mogę pozwolić sobie na nie myślenie, nie analizowanie. Odzwyczaiłam się od tego, że mogę siedzieć i nie zastanawiać się nad tym, ile to jeszcze rzeczy jest do zrobienia. Ten stan całe szczęście mija, niemniej jednak jest bardzo dziwny. Przecież przez te pół godziny można już bawić się, tańczyć, rozmawiać, szaleć. Jednak coś w środku blokuje mnie i nie pozwala się skupić. Coś w tym jest, że im więcej człowiek ma na głowie tym bardziej jest poukładany. Gdy nagle tych spraw brakuje, mimo najbardziej sprzyjających warunków nie wiem co powinnam ze sobą zrobić.
Po chwili jest już dobrze, wracam do żywych i funkcjonuje. W efekcie faktycznie spędzam kilka przemiłych godzin w cudownej ekipie. Plotkujemy, śmiejemy się, tańczymy na boso w piasku przy zachodzącym słońcu. Beztroski czas, jak byśmy znów były w liceum ;) Raj!
Wracam do domu szczęśliwa, uśmiechnięta i stęskniona. Jest północ. Czuje, że mogę góry przenosić bo wypoczęłam za wszelkie czasy, te co były i te które przede mną.
Moją euforię weryfikuje "dzień kolejny", godzina 4:18, pobudka córki młodszej. Koniec snu.
Nie, jednak nie da się wypocząć na zapas :)







wtorek, 3 czerwca 2014

Dzień Dziecka za nami

Dzień Dziecka za nami, ale czy coś się zmieniło? Z ulic i stron internetowych znikają już plakaty zapraszające na festyny, koncerty, zabawy. Na sklepowych wystawach uspokoiło się zabawkowe szaleństwo, ludzie już nie wzdychają głośno czekając w długich kolejkach, żeby zapłacić za całe stosy zabawek. To tyle. A nasze dzieci? Są takimi samymi dziećmi jakimi były 1 czerwca. Tak samo potrzebują nas, naszego czasu, wsparcia, naszej czułości.



Nie mówię, ze Dzień Dziecka jest zły. Wręcz przeciwnie! Uwielbiam małe i duże święta bo są one pretekstem do zrobienia czegoś wyjątkowego i kocham je celebrować. Jednak czasem mam wrażenie, że zbyt łatwo zapomnieć o podstawowych sprawach. O tym, że ważniejsza jest ZABAWA a nie ZABAWKI.  Gdy kupujemy coś nowego naszym urwisom pamiętajmy o tym, że nawet najlepsza zabawka nie będzie zachwycać gdy będzie musiało bawić się nią samo. Zabawka nie zastąpi rodzica. Owszem, czasem dziecko zachwyci się nią i zajmie się przez dłuższy czas, jednak zostanie rzucona w kąt po kilku dniach lub godzinach gdy nie będzie nas lub innego towarzysza zabaw. Uśmiech, tak szeroki w chwili otwierania prezentu zmniejszy się a zapał zniknie. Chcesz, żeby te cudowne, pozytywne emocje przetrwały dłużej? Weź swoje dziecko za rękę, włącz muzykę i zatańcz tak jak by nikt nie widział. Idź poskakać po największych i najbrudniejszych kałużach i nie martw się o swoje ubranie.  Buduj wysokie wieże z klocków, rysuj 80 raz takiego samego misia. Do malowania używaj rąk, nie tylko pędzli. Pokazuj świat i opowiadaj o wszystkich ciekawych szczegółach. Pozwól biec przed siebie. Przytulaj. Uśmiechaj się. Słuchaj. Bądź. 



poniedziałek, 26 maja 2014

26 maja 2014. Dzień Matki. To też mój dzień.

26 maja 2014
Niby kolejny, zwyczajny dzień. Jak co dzień o 5:30 córki sygnalizują, że noc już się skończyła i czas na zabawę. Zwlekam się z trudem z łóżka, bo choć od ponad 2 lat wstaje o tej porze to nadal nie mogę się przyzwyczaić do tego, że noc ma tyle godzin co palce jednej ręki. Obie młode damy już rozbrykane i uśmiechnięte. Mycie, czesanie, ćwiczenia i śniadanie a potem zatapiamy się w stercie klocków, puzzli i kolorowanek. W tle słychać muzykę, bo przecież kilka razy na godzinę trzeba poskakać i potańczyć. Tak, nawet o 6 rano. Mimo naszych rytuałów każdy dzień jest nieco inny. Każdy na swój sposób wyjątkowy bo możemy uczyć dziewczynki czegoś nowego a one chłoną tą wiedzę jak gąbka i cieszą się z każdego nowego doznania. Ale TEN dzień ma w sobie coś niezwykłego.
Poranny prysznic, usypiam na stojąco słysząc szum wody. Z chwilowego zawieszenia wybudza mnie nieśmiałe pukanie po którym całkiem już śmiało wbiega do łazienki mała dziewczynka. Krzyczy wesoło śmiejąc się i machając do mnie kartką papieru. Wyłączam wodę i wycieram ręce. Słyszę „Prosie bardzio!” wypowiedziane z najszerszym i najszczerszym uśmiechem na ustach. W moich rękach znajduje się laurka z odrysowanymi rączkami dwóch małych księżniczek i kwiatkiem. Przytulam starszą najmocniej jak potrafię i dziękuje jej z całego serca za to, że jest. Za to, że jest moja, wyjątkowa i najwspanialsza.

-Kochanie, a narysujesz mi jeszcze kotka?- pytam
-I misia, tak?
-Tak skarbie, misia też możesz narysować.

W pokoju czeka córka młodsza. Siedzi obsypana przez siostrę kilogramami klocków i pluszaków jednak nie patrzy na nie. Patrzy w moją stronę i uśmiecha się szeroko mówiąc „mamama mamama ma amama!”. Jej oczy śmieją się razem z nią. Czy mogłabym prosić o więcej niż o dwa takie wyjątkowe skarby? I znów przytulam, i znów mam łzy w oczach...

Dziękuje za to że juz trzeci raz mogę w ten dzień mówić, że to także moje święto. Dziękuję za to, że tak na prawdę to święto obchodzę przez cały rok i że każdego dnia mogę uśmiechać się słysząc słowa "mama" „mamo” „mamusiu”...
Dziękuję za to, że dzięki tym dwum małym istotkom jeszcze bardziej doceniłam swoją Mamę. Zawsze doceniałam to, co dla mnie robi, że pomaga i kocha. Za to, że wybacza i za to, że zawsze stara się zrozumieć. Ale teraz to wszystko mnożę przez tysiąc bo wiem, że bycie mamą to nie tylko najwspanialszy ale też najbardziej wymagający zawód Świata.



Dziękujemy za cudowne zdjęcia naszych urwisów Nat i Marcinowi ze Snap Studio!

czwartek, 15 maja 2014

O miłości, tej najpiękniejszej.

Minęły 3 lata.
Trzy piękne lata od kiedy padły słowa przysięgi. Trzy lata pełne przygód. I mimo, że to dopiero początek naszej wspólnej drogi to już przesycone były niesamowicie dużą ilością wydarzeń, które mogłabym nazwać "najważniejszym dniem w życiu". Do tego wspólne przygody, podróże, decyzje. Wspólna codzienność.


Może to proste i banalne, ale pięknie jest móc dzielić z kimś życie. Z kimś, kogo się kocha, do kogo ma się zaufanie. Z kimś, z kim każda chwila jest lepsza, niż ta samotna.
Zastanawiałam się nie raz czy istnieje związek idealny, czy jest on możliwy? I jeśli tak, to jaki powinien być?
Idealnych ludzi nie ma, czy mogą być więc idealne związki, idealne relacje? Chyba nie. Może być jednak coś znacznie ciekawszego od ideału. To rozumienie się bez słów, spontaniczne uśmiechy, wsparcie i zaufanie. To pewność, że chcemy wzajemnie dla siebie jak najlepiej. To decyzje, które są zawsze wspólne, choć nie raz poprzedzone długą dyskusją. To dni, które nie zawsze są w 100%  dobre ale zawsze kończą się w zgodzie.
Randki, wspólne wyjścia, prezenty i kwiaty są piękne i to dbanie o siebie i swoją relacje jest ważne dla związku, ale najpiękniejsze jest to, że kocha się i dba tak samo na co dzień. Nie trzeba do tego wielkich słów ani prezentów. Ta miłość codzienna jest najpiękniejsza i najważniejsza. Daje siłę do działania, daje wsparcie i daje wiarę w to, że będzie dobrze i w to, że warto iść dalej razem.

Każdy ma jakiś przepis na udany związek.
Ja cieszę się, że mogę być z kimś kto jest dla mnie przede wszystkim najlepszym przyjacielem. W tej przyjaźni moim zdaniem jest sekret zrozumienia. To ona jest solidnym fundamentem. Czymś, co gwarantuje wyrozumiałość, cierpliwość (oj a tego przy mnie potrzeba). W zeszłym miesiącu usłyszałam nawet, że mój mąż jest "człowiekiem roku" skoro tak cierpliwie mnie znosi. Dużo w tym prawdy :) Do tego możemy być po prostu sobą. I tak właśnie wygląda szczęście!
Czekam z niecierpliwością na kolejne lata i to, co nam przyniosą. Wiem, że będzie dobrze!


niedziela, 11 maja 2014

Życie towarzyskie młodych rodziców czyli o Przyjaźni słow kilka

Mówi się, że dzieci przewracają Świat do góry nogami. I tak i nie. Nie lubię negatywnego wydźwięku jakie niesie to stwierdzenie. Wywracają go owszem, ale w pozytywnym aspekcie. Otwierają nam oczy na Świat, uczą nas poznawać go od nowa. Uczą nas doceniać to co mamy.

Co jeszcze? Wraz z pojawieniem się dzieci zmieniają się nasze priorytety, zmienia się to, jak wygląda nasze codzienne życie. Zmienia się to, jak organizujemy swój czas. I zmieniają się też ludzie z którymi czas ten spędzamy.
Wiele osób uważa, że „dzieciaci” nie mają już życia towarzyskiego, że teraz już tylko pieluszki, mleko i spacerki... Po co ich zapraszać na imprezę / kolację / spotkanie skoro pewnie nie przyjdą „bo mają dzieci”? Bo i tak będą się źle bawić „bo mają dzieci... a one pewnie będą marudne” albo „i tak nie będą mieli ich z kim zostawić”. Nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo się mylą. Z dziećmi też można aktywnie żyć, można świetnie się bawić, można odwiedzać wiele miejsc, podróżować. Można spędzać wspólnie czas nie zajmując się tylko kredkami i bajkami, można być sobą. Z dziećmi jest inaczej, to fakt. Ale to nie znaczy, że jest źle. Jest na prawdę super! Bywają owszem cięższe momenty, ale hej... kto ich nie ma?
Prawda jest taka, że odkąd mamy dzieci mam wrażenie, że częściej wychodzimy na miasto, częściej spotykamy się z ludźmi. Da się! Wymaga to czasem niezłej organizacji, ale dla końcowego efektu warto. Dzieci uczą się świata, zachowania w nowych miejscach, poznają ludzi. A my? My utwierdzamy się w przekonaniu, że dzieci to nie koniec świata. To początek. To przeżywanie wszystkiego na nowo, przeżywanie głębiej.

I wiecie co najbardziej kocham w tej nowej rzeczywistości? To czas, jaki spędzamy z naszymi przyjaciółmi.
Wspaniały czas spędzony z bliskimi osobami też jest świetnym pretekstem do szaleństwa w kuchni. Wspólne gotowanie zbliża. To w kuchni najlepiej się plotkuje, rozmawia na wszelakie tematy, to w kuchni moim zdaniem jest serce domu.
Wspólne posiłki są czymś, co kocham celebrować. Uwielbiam ten magiczny czas, kiedy nikomu się nie spieszy, kiedy można nie tylko „zjeść” ale i nacieszyć oko pięknie wyglądającymi potrawami, porozmawiać, po prostu być razem. Nie ukrywam też, że takie spotkania są dla mnie niczym baterie, które pozwalają mi funkcjonować przez najbliższy czas. Są jak zastrzyk pozytywnej energii, niesamowicie przecież potrzebnej przy dwójce rozbrykanych maluchów :)  Ten czas pomaga mi się zregenerować, zapomnieć o problemach, zobaczyć że blisko siebie mamy mnóstwo niesamowitych i dobrych ludzi na których zawsze możemy liczyć.

Kochani Przyjaciele! Dziękuje Wam wszystkim i każdemu z osobna za to, że jesteście. Za każdą minutę, za każdy uśmiech. Za wspólny czas. Za wszystko.